wtorek, 5 września 2017

Fabryczna ZONA recenzja

Nie jest tak, że blog porasta pajęczynami, zapomniany nawet przez swego twórcę. Ja wciąż na nim jestem, czy może raczej będę. Aktualnie w formie enigmatycznej zajawki następnego wpisu, zamieszczę swoje skromne i jak sam diabeł subiektywne opinie (mogące mieć nie zawsze do czynienia z PRAWDĄ*) na temat Fabrycznej Zony, od której dotąd stroniłem, węsząc chałturę, ale się przełamałem. Urokowi czadowych okładek opierałem się przez lata, ale nie jestem jakimś cholernym mnichem, żeby na przeczucie pokusy polewać sobie ręce wrzątkiem czy coś w tym guście, dlatego też w końcu musiałem sięgnąć po pierwszą z nich. A jak już się powie "A"...

 Lubię te opinie, ponieważ są moje, a ponadto, zawsze znajdziecie mnie tam, gdzie Strefa ogrodzona (...nie bez celu, chcemy wierzyć).

legenda:
Kolor to książki z akcją osadzoną w świecie z gry Stalker;
Kolor to książki z akcją osadzoną w świecie z gry Survarium (można grać na steam, ale projekt daleki od ukończenia, a twórcy naobiecywali tyle, że chyba do końca świata się nie wywiążą - miał być otwarty świat na podobieństwo DayZ, jest Team Deathmatch na średnich mapach jak w Call of Duty);
Kolor to polska kalka z uniwersum Metro2033;
Kolor to uniwersum bratniej postapokaliptycznej Ukrainy.


* to istotne zwłaszcza przy najmniej przeze mnie poważanej serii z kolekcji Fabrycznej Zony, która w całym swoim jestestwie tak mnie do siebie zniechęciła, że pierwszy tom przeczytałem tyleż szybko co pobieżnie, drugi natomiast przesłuchałem również w całości, ale moje myśli często odlatywały hen hen za Pireneje. Mam więc to na myśli, że pewny jestem w 100% swojej niechęci, ale przy próbie opowiedzenia dlaczego, w szczegółach mogłem potraktować serie niesprawiedliwie, bo zabrakło mi cierpliwości na rzetelną wnikliwość. 


ZONA 1. Ołowiany Świt

Powiedzieć, że miałem obawy, to mało. Byłem przekonany, że książka na podstawie gry, na podstawie książki i filmu, to w najlepszym razie przepis na kuriozum, a w najgorszym - na bluźnierstwo. 

Pomyłka! Autorowi udało się okiełznać uniwersum, które chociaż w grze spisuje się zna-ko-mi-cie, to brane na serio staje się nieco niedorzeczne. Niespodzianka! Autor zrobił tak, że wszystko mniej-więcej trzyma się tu kupy. 

Chociaż razi w swych najgorszych kawałkach - gdy Niezniszczalny Bohater odprawia hołubce unikając kul, rozwalając odział komandosów i wagon mutantów - jakby wyrwanych wprost z gry (i całkiem głupio, gdy w innych momentach bohater ostrożnie pokonuje 100 metrów w kilka godzin, a podczas "akcji" biega z pieśnią na ustach i anomalie ani promieniowanie mu nie straszne). Natomiast cieszy, że liczne pomysły z gry zostały twórczo rozwinięte i bezboleśnie zaimplementowane w książce. 

W najlepszych momentach samotnej i ślimaczo posuwającej się akcji - autor staje się godnym epigonem Braci Strugackich, opisując Zonę tak dokładnie, jakby naprawdę tam był, do tego językiem zbliżonym do "Pikniku na skraju drogi". Soczyste dialogi czyta się przyjemnością, rozliczne nawiązania bawią i uczą, a podziemne kompleksy przerażają jak sam diabeł. 

Z kącika seksizmu naszego powszedniego: Autor specjalnie, bo nie wierzę, że przypadkiem, strollował hehe feministki. Umieścił w Strefie jedną jedyną kobietę o ksywie hehe "idiotka". Krótko mówiąc, Zewnętrznie uosabia wcielenie Lary Croft: w szortach, obcisłym podkoszulku, z pełnym makijażem i sztucznym biustem. Powodzenia w Strefie... Idiotka opisywana jako bystra i twarda babka, przebywając z bohaterem zachowuje się jak najmniej pojmująca istota nie tylko w Zonie, ale i na całej Wielkiej Ziemi. Początkowo ma swoje plany i jakieś tam wartości, ale porzuca je, oraz resztki swego papierowego charakterku, gdy tylko z wdzięcznością oddaje się Bohaterowi spełniając tym samym swój obowiązek. W skrócie - esencja stereotypowej kobiety w polskiej fantastyce. 

Scena w której Stalker zarzuca ją sobie na ramię i galopem mknie przez Strefę, by zniknąć w spowijającym go dymie, to arcydzieło kiczu. Może dlatego nawet się na Autora nie gniewam. 

Fabryczna Zona może sobie przynajmniej piać w zachwycie o tym, jak bardzo "męska" jest jej literatura. Moim zdaniem więcej na tym traci, niż zyskuje, ale co ja tam wiem.


Drugi Brzeg, Droga Donikąd, Sztywny 

Co do dalszych dokonań Gołkowskiego w Strefie, to jest już tylko gorzej. Moja teoria jest taka, że Autor pisząc pierwszą "pomarańczową" powieść - która zapoczątkowała cykl fabrycznej zony - nie wiedział jeszcze, jakiego odbioru może się spodziewać. Dał z siebie co mógł, czyli starannie cyzelowaną książkę.

Jak okazało się, że temat dobrze żre, Autor znacząco opuścił sobie poprzeczkę i następne powieści rozwija z metra, bez rozsądnej struktury, czegoś co różnicowałoby te opowieści od siebie... Ot, serwuje lekko zmodyfikowane wersje tych samych przygód, tyle że uboższych i odhaczanych po łebkach. Jakieś takie to niezborne w porównaniu do niezłego "Ołowianego Świtu".

Byłbym o ułamek procenta szczęśliwszym człowiekiem, gdybym poprzestał na lekturze "Ołowianego Świtu".

Swoją drogą, po lekturze "Sztywnego" już chyba gorzej być nie może, jeżeli idzie o kreację ohydnego protagonisty. Do licha, Gołkowski wiele zrobił, żeby w swoich opowieściach zohydzić bohatera. Ech. Czułem okropne zażenowanie podczas lektury, podobne uczucia towarzyszyły mi przy "Achai" aŁtora Ziemiańskiego. Autorze! Jeżeli w twojej Fabrycznej Zonie bohater częściej bierze udział w gwałtach na pijanych dziewczynach niż w wyprawach na skraju anomalii grawitacyjnych, wiedz, że zrobiłeś coś baaardzo nie tak. Tyle u sztywnego, ale inni bohaterowie Gołkowskiego to też takie buce i dupki, że traciłem po trochu szacunek do Zony, że przepuszcza ich przez kolejne miejscówki Zony.

ZONA 2. Łowca z Lasu

Trudno oprzeć się wrażeniu, że uniwersum Survarium opiera się na pomyśle Braci Strugackich ze "Ślimak na zboczu". Gdyby tylko Łowca z Lasu choćby dorósł Ślimakowi do pięty... pomarzyć dobra rzecz. 

W ewentualnej ekranizacji głównego bohatera mógłby zagrać Sylvester Stallone. Po diabła kreować takich Niezniszczalnych Bohaterów? Tylko tacy są w stanie przebrnąć przez wszystkie pułapki i przeszkody jakie umyślił sobie autor, żeby akcja nie zwalniała ani na moment. To błąd, bo właśnie w nielicznych chwilach przestojów Łowca z Lasu jest najciekawszy - gdy bohaterowie na chwilę przystaną by odsapnąć, czy żeby pokontemplować powykręcaną florę i faunę Lasu. Szkoda potencjału tego uniwersum pełnego tajemnic, wykorzystując je do samej strzelaniny, tylko dlatego, że powstało na potrzeby gry. Przykład Gołkowskiego wskazuje, że można przynajmniej podjąć próbę przeskoczenia tego ograniczenia. 

Ogólnie czerstwe i banalne toto, ale w swej drugiej połowie ma dobre kawałki: postacie jakby bardziej charkterne, dialogi ciekawsze, tajemnice bardziej tajemnicze. Chyba nawet sięgnę po drugi tom, bo idzie ku lepszemu (oczywiście akcja urywa się znienacka).

Z kącika seksizmu naszego powszedniego: (całe dwie!) postacie kobiece to jakiś nieśmieszny żart. Z opisu tyle, że śliczne i bystre, koniec końców - potrafią jedynie dać się wybawić z tarapatów oraz z wdzięczności oddać się Bohaterowi. Po wszystkim Bohater wciąga spodnie jednocześnie opowiadając, że on to jest Stalker, jemu pisana samotność, a nie żona i dzieci. 

ZONA 3. Ślepa Plama


Zona u Noczkina i Zona u Gołkowskiego, to jakby dwa zupełnie inne miejsca. O dziwo oba te odmienne pomysły na Zonę momentami całkiem nieźle naśladują "Piknik na skraju drogi" Strugackich. To ciekawe, obserwować, jak z jednego materiału źródłowego można wykrzesać tak odmienne wizje. 

Zona w "Ślepej Plamie" jest zaskakująco mało spektakularna (zaleta to czy wada?), bardzo zwyczajna i oswojona, w porównaniu z metafizyczną wizją Zony Gołkowskiego gdzie na dokładkę przerażająca śmierć czaiła się na każdym nieopacznym kroku. 

Fabuła trzyma się skali, powiedzmy, jednego zadania pobocznego z gry. Żadna tam wielka epopeja. Niby niezachęcające, ale Autor jest tak znakomitym gawędziarzem, że e-book czyta się z bananem nieschodzącym z twarzy. Sympatyczni bohaterowie (główny bohater nie jest takim egocentrycznym heroicznym bubkiem jak u Gołkowskiego), specyficzny humor i mięsne dialogi. 

Szkoda, że świat przedstawiony składa się niemal wyłącznie z elementów obecnych w grze, a więc doskonale znanych wszystkim weterankom i weteranom serii - oprócz pogranicza, miasteczka i paru drobiazgów Autor nie dodał niczego od siebie. Gry są w naturalny sposób ograniczone - na ich strukturę składa się kilka lokacji, modeli postaci, mutantów i przedmiotów etc., a programiści mogą jedynie z tych puzzli układać swój scenariusz. Poczucie, że te ograniczenia w równym stopniu dotyczą książki, bo autor kurczowo trzyma się gry, bardzo zakłócają odbiór. Czasem można mieć wrażenie jakby czytało się opis gameplay'a. Na szczęście Autor jest, powtarzam jeszcze raz, znakomitym gawędziarzem.

Jak dotąd to mój ulubiony kawałek od Fabrycznej Zony.

ZONA 4. Wektor Zagrożenia 

Co tu zaszło? 

Najpierw tradycyjny Apel: jeżeli wspólnie się zgadzamy, że słuszny i wspaniały jest motyw Lasu niosącego nam w prezencie (albo za karę) apokalipsę, to zgadzamy się też, że w tym temacie rosyjska fantastyka już wydała na świat arcydzieło w postaci powieści "Ślimak na zboczu" Braci Strugackich. Koniec Apelu, spocznij.

Skoro mamy to ustalone, przejdźmy do imitacji, czyli Survarium. Pierwszy tom był przeciętny, bohaterowie i intryga haniebnie kartonowe, ale opowieść wciągała nielicznymi chociaż smacznymi opisami zmutowanej flory i fauny. Ponadto w finale zwiastował, że od teraz będzie już tylko ciekawie.

Kolejny tom napisał Noczkin, czyli niezrównany gawędziarz i zuch. Wszyscy to wiemy, tylko chyba sam Autor zapomniał. Początek "Wektoru Zagrożenia" wydaje się być dużo lepszym kawałkiem od całego "Łowcy z Lasu" - sympatyczni bohaterowie, więcej Lasu, lepsze pisarstwo. A później, niech Noczkina Las pochłonie, wszystko trafia szlag. Akcja plącze się w bezsensownych i powtarzalnych strzelaninach, akcji jest tak dużo, że nudzi śmiertelnie. Las gubi się daleko na trzecim planie. Fabuła dubluje tę z 1 tomu i nie popycha jej ani kawałeczek do przodu.

Taki Las to można wydać na pastwę Szyszki, żal nikomu nie będzie.

ZONA 8. Ziemia Niczyja Zona 9. Dzieci Martwej Ziemi 


Miałem spore oczekiwania po niebieskiej serii. 

Rzuciłem się na "Ziemię niczyją" łapczywie.

Jak na Fabryczną Zonę to zaskakująco ważki kawałek, w porównaniu do opowieści na podstawie gier. Same założenia robią wrażenie. Hipotetyczna historia zagłady Ukrainy przedstawiona z perspektywy ukraińskiej, na dwóch punktach osi czasowej: teraźniejszej i po katastrofie.

Część opisująca "po katastrofie", czyli cały wątek post-apokaliptyczny, robi mocne wrażenie. Żadnych anomalii ani mutantów nie ma co tu szukać. To co z okolicą zrobiła natura i sam człowiek to prawdziwe piekło. Fukuszima x 10 i Majdan x10 000.

Niestety wątek "teraźniejszy" zawodzi. Spodziewałem się jakichś kąśliwych politycznych odniesień, jakiejś hiperboli i licznych nawiązań do rzeczywistej sytuacji, jakichś kulisów i ekskluzywnej "ukraińskiej perspektywy". Niby to wszystko tam jest. Ale mdłe i dominuje przeciętnie angażująca intryga szpiegowska o tajnym agencie.

Bardzo cieszą celne cytaty i w ogóle dobrze "Ziemia Niczyja" jest napisana.
 
Tom.1 urywa się niemal w pół słowa. Nie jest to wcale wymyślny zabieg tylko chamski "ciąg dalszy nast...
 
... i Tom.2 - przeskoki z Dużej Ziemi na Ziemię Niczyją oraz między teraźniejszością i przeszłością, słowem - w czasie i przestrzeni są jeszcze częstsze. Trudno ogarnąć natłok wątków, bo chyba połowa z nich to mętne dialogi podwójnie potrójnych agentów rozgrywających kolejne warstwy ciągu szpiegowskich machlojek. Tym razem rozsypane puzzle zdają się co prawda układać w obrazek gdy... Dokładnie tak! Akcja urywa się nagle i w losowym momencie. Nie dość tego! Z licznych warstw narracji i punktów odniesienia, jakiegokolwiek finału doczekała się zaledwie jedna retrospekcja. Nawet kwestia tytułowych "dzieci martwej ziemi" została zaledwie zasygnalizowana, napomknięta na początku i ze dwa-trzy razy później.  Za kolejny tom już nie sięgnę. Zmęczyła mnie ta gonitwa, chociaż finał tej historii mógłby być potencjalnie ciekawy. Niestety, autor chyba uważa, że liczy się jedynie pogoń za króliczkiem. Czyżby niebieski kolor serii nawiązywał do niebieskiej piguły z matriksa? :d
 

ZONA 10. Kompleks 7215 & 11. Stacja Nowy Świat 


[tym razem fabryczna zona w postaci audiobooka]

Jeeeeny,

stalkerzy wszystkich Stref tej ziemi to równi goście*, tylko ci u Biedrzyckiego to co do jednego nadęte buce. Każdą chwilę wypełnia im prawienie nudnych morałów o męstwie i bohaterstwie. Wielce ich dociska do ziemi odpowiedzialność i własny heroizm, ale nie dociera do nich, że wszyscy wokół mają po tysiąckroć razy gorzej. Pewnie dlatego tak po nich spływa świadomość gwałtów i pożogi jaka trawi metro, a czytelnik przez to w ogóle nie czuje wagi tych okropieństw. Nie pomaga maniera Autora, czyli opisywanie spraw wojskowym żargonem i jakimś takim przykrym zdystansowaniem.

Bywają w polskim metrze fajne postacie, które z pewnością miałyby coś ciekawego do opowiedzenia, ale niestety głównymi bohaterami wszystkich warstw narracji są stereotypowe trepy. Słuchając ich ględzenia o służbie, czy tam etosie WOJSKA POLSKIEGO puchną uszy, a ich przemyślenia (ciężka dola stalkera, całe metro na moich wiernych barkach) inspirują do szerokiego ziewania. Obrazu dopełniają ich żenująco stereotypowe żony/kochanki (miłująca domowy mir dzierlatka, stąpająca po zimnym i wietrznym metrze w jakże kobiecej sukience w kwiaty, mimo braku środków czystości utrzymującą długie uczesane włosy - no słowo daję.).

Podobały mi się liczne tropy popkulturowe wplecione w całość. Ludzie po zagładzie pozbawieni są książek i filmów. Starsi mieszkańcy metra świadomie cytują np. Bruca Lee, albo poweiści fantastyczne, uchodząc przy tym za mędrców. Młodsi traktują postacie z popkultury jak mitycznych herosów, tworząc na tej bazie nową tunelową kulturę. Super!

Niby nalażałoby się pokłonić Bierdzyckiemu za takie zagęszczenie relacji i życia w warszawskim metrze, ale z drugiej strony coś podejrzanie tłoczno w tych tunelach. Ja też wiem, jak fajnie brzmi tętent podkutych butów i pobrzękiwanie wojskowego szpeju w podziemiach, ale miałem wrażenie, że doszło tu do pewnej przesady. Warszawę po zagładzie zamieszują jakby wyłącznie oddziały specjalsów. U Biedrzyckiego metro to pole nieustannej bitwy prowadzonej przez znakomicie wyekwipowane i wyszkolone oddziały, gdzie ofiary liczy się w setkach. W zdumienie wprawia fakt, że ktokolwiek tam jeszcze żyje po 20 latach od Zagłady. Można to tłumaczyć tym, że Autor opisuje chyba dwa duże konflikty zbrojne w historii zwykle spokojniejszego metra.

Najgorsze jednak, że trudno się w tym wszystkim połapać, bo historia jest pomieszana i przetasowana chronologicznie, natomiast nie jest na tyle ciekawa, żeby mi się chciało cofać nagranie, wgłębiać w treść. Tu przyznaję, wina leży po mojej stronie. No i prawdopodobnie "na papierze" łatwiej byłoby się odnaleźć.

Dla odmiany, względem wielu innych opiniodawców, podobało mi się kończące książkę opowiadanie.

*doczytałem od tego czasu z 10 innych fabrycznych zon i metr2033, i jednak nie miałem racji, zdarzają się stalkerzy po stokroć gorsi od tych z warszawskiego metra.

ZONA 12. Upadła Świątynia


Pozostałe kawałki Fabrycznej Zony w oczywisty sposób żerują na prozie Braci Strugackich (i chałwa im za to!). W polskim Metrze brak wschodniej duszy, brak pazurów, brak klimatu, brak, brak. Co w zamian? 

Po dwóch siermiężnych tomach autorstwa Biedrzyckiego, przyszła kolej na Dominikę Węcławek i jej "Upadłą Świątynie", czyli ni to kontynuację, ni to zaczątek nowej serii w uniwersum. Autorka tego spinoffu miała ciekawy pomysł, żeby u siebie skorzystać z polskiego podwórka fantastycznego - "Obi-oba. koniec cywilizacji" (a może to tylko moje skojarzenie, ale powracało do mnie za każdym razem, gdy przywoływano temat arki). Szkoda, że w Upadłej Świątyni oprócz wykorzystania motywu Arki, zabrakło szulkinowskiego brudu i degeneracji, bo książkę Węcaławek czyta się jak (niezłe) young adult. Zdecydowanie zabrakło mi stosownego ciężaru. Może po prostu to uniwersum polskiego post-apo jest jakieś takie niepoważne. Nie wiem, może jak kto Warszawiak to jakoś inaczej z tym rezonuje. Ponadto, o czym zdałem sobie sprawę dopiero po lekturze pierwszych dwóch części (zaczynałem od Upadłej Świątyni), niewiele w tym tomie świeżej treści. Prawie wszystko było już mniej lub bardziej wykorzystane czy zasygnalizowane przez Biedrzyckiego. Sam termin "arka" też się przewinął u autora pierwszego tomu. Dziwna książka. Na pewno nie powstała pod wpływem natchnienia. Nie jest też przyzwoitą zawodową robotą.

Bardzo przeszkadzał mi język pełen kulfonów pokroju "Ciekaaaaaaazieeeew", "Peeerrrdoooolsieeekhhhuuujuu" etc. w co drugim dialogu. No kurde. Tego nieeeaaasieeeczyyyytaćććć...

ZONA 10. Wedle Zasług
Wyjątkowo sycąca oczy okładka, nieprawdaż?

Do tego prolog i sam początek napisany bardzo kompetentnie - czuć stalkerskiego ducha, nie ustępuje w niczym okładce. Wizyta u samosiołów, polowanie na wilki oraz późniejsze wypadki to takie emocje, że proszę siadać! Trzeba jedynie przeboleć głównych bohaterów - myśliwych. Ta myśliwska swołocz jest nie do wytrzymania! Swoją drogą - nawet w światach fikcyjnych najbardziej nienawidzą wilków i ekologów. :) Głupcy, pewnie zaciągnęliby się do Powinności (♪♪ "...oni Zony nie szanują, do mutantów prująąą!" ♪♪).

Niestety, to w zasadzie koniec pochwał. Autor wysilił się i obmyślił dość osobliwą genezę Strefy (drugiej "awarii" z 2006 roku). Osobliwą? Zupełnie kuriozalną. Jakoby Strefa i zamieszkujące ją mutanty powstały spontanicznie w wyniku... nie, nie, nawet mi to nie przejdzie przez klawiaturę. Już lepiej śladem poprzedników nie tykać trudnych tematów, grać niedopowiedzeniami, niż napisać, że... *sopooiler*... cała katastrofa była skutkiem żartu uzdolnionych i popitych informatyków (którzy notabene w powieści nie zdają się ani przesadnie lotni, ani uzdolnieni). Szlag, napisałem to. Na domiar złego to informatykowanie prezentuje poziom naciskania klawiszy na ślepo w stylu lat 90, bo żadnego sensu to nie ma, a jego skutki... śmiech na sali. Poczucie humoru Autora jest tragiczne, do tego gość tłumaczy własne żarty i aluzje najdalej w akapit po ich zaserwowaniu. Niefajnie.

Są ze trzy sekwencje które wryły mi się w pamięć, ale na każdą taką znakomitą scenę nieodwołalnie przypadało po kilka złych - na zmianę żenujących i śmiertelnie nudnych. Pisząc o nudzie wcale nie mam na myśli, że mi tu brakuje akcji i strzelanin, nie, nie, za tym w ogóle nie tęsknię, mam raczej na myśli nadliczbowe ciągnące się dialogi oraz opisy generalnie pozbawione treści, bo na rozmaite sposoby powtarzające to co wiadomo z wcześniejszych stron.

Szybko doszedłem do wniosku, że "Wedle Zasług" byłoby lepszym opowiadaniem na max 60 stron, pwoiedzmy: mikropowieścią, niż ponaciąganą, rozdmuchaną na siłę powieścią bez fabuły na 300 kilka stron. Napisałbym, że lektura była przyjemną stratą czasu, ale bo ja wiem, czy było aż tak wesoło? Wesoło jest u Noczkina, emocjonująco u Gołkowskiego, a u Nieściura? Ot, ni tak, ni siak. Okładka!

PODSUMOWUJĄC

Przygodę z Fabryczną Zoną oceniam jako umiarkowanie udaną.  Spodziewałem się jakiejś straszliwej klęski, a tu się okazało, że bardzo źle, owszem bywało, ale nie tak często jak sądziłem. Głównymi wadami odnoszącymi się do całej serii jest zbyt duże parcie na zawrotne tempo akcji-strzelania, oraz stereotypowi bohaterowie - głównie płci męskiej (kobiet praktycznie brak, gorzej gdy już się pojawiały, bo wtedy biada!). Chociaż... u Noczkina i Waletowa to w tej kwestii nie było tak znowuż najgorzej, chociaż umówmy się - w tej serii genderowo-kliszowa poprzeczka była zawieszona przy ziemi. Zwracam na to uwagę, bo nużą mnie śmiertelnie ci maczo-bohaterowie, maczo-problemy, maczo-rozrywki i maczo-wartości w męskiej szatni, przez co ma się wrażenie grania w jakiegoś Gothica, czy coś. Poza tym, mam wrażenie, że ramy uniwersów są bardzo ograniczające, a Autorzy każdorazowo poruszali wydreptaną, głęboką koleiną. Książki z serii, jedna od drugiej, naprawdę niewiele się od siebie różnią.

Tempo czytania miałem naprawdę zawrotne, czytałem na aplikacji legimi co samo w sobie zainspirowało mnie do rozważenia zakupu czytnika, sprawy mogą jeszcze nabrać tempa, bo w czytelnictwie powstrzymała mnie nagła awaria smartfona czyli dotychczasowego pseudoczytnika, dlatego w magazynie wciąż na swoją kolej czekają kolejne.

Aktualizacja:

WOJNA




Może to dlatego tak okrutnie mi się przejadło już, ale czerwona seria zadebiutowała dość późno, więc nie tylko ja jestem w takiej sytuacji. Fabryczna Zona nie czyni nic, aby przeciwdziałać zmęczeniu materiału. Żeby jakieś innowacje, narracje, świeże spojrzenie. Nic! Wyświechtany schemat jest już starty do granic wytrzymałości - rozłazi się i pęka. Ileż można! Niby nie Strefa, tylko Sektor, niby nie Stalkerzy, tylko Włóczędzy, nie Emisja, tylko Fala i tak dalej... te zmiany to tylko drobny lifting.

Co jednak było najgorsze? Towarzyszyło mi wciąż przykre wrażenie, że nie jest to powieść, tylko scenariusz do jakiejś nigdy niepowstałej gry. Bardziej: jak fanfick na jej podstawie. Nowe artefakty, bronie i anomalie są kretyńskie, ale świetnie pasowałyby do umownego świata przedstawionego w grze. Serio, tutaj artefakty po prostu podnoszą pewne statystyki albo uzupełniają "perki" - dzięki temu artefaktowi szybciej odpoczywasz, tamten leczy rany, ten tutaj ogłusza wrogów, ten tutaj pozwala przemykać graczowi za ich plecami niezauważonym i tak dalej. To samo tyczy się stereotypowych bohaterów, złoli oraz ich wspólnych misji. Wszystko z zerowym prawdopodobieństwem, ale według utartych schematów liniowych FPS-ów. Odniosłem takie wrażenie, że Gołkowski, Noczkin i cała reszta potrafili wyjść poza "growy" schemat (z różnym skutkiem), a Lewicki rozkręca nowe uniwersum nieoparte o żadną grę - ale napisać "nie-gameplay'a" nie potrafi (dało się to odczuć również w Łowcy z Lasu, ale dużo słabiej!). To dla mnie niepojęte!

Z plusów: miejscami wartko się czyta, bo język cięty i żarciki czasem wchodzą nieźle (fajne tłumaczenie!). Dla niektórych zaleta: to w 100% generyczna strzelanina w Strefie, taka ze stalkerami i bandytami, na ~300 stron. Znacie? To macie!

Mnie już wystarczy do końca życia. Tylko Ołowiany Świt i Czerep Mutanta były niezłe, w temacie Strefy. Rzecz jasna, nie licząc Pikniku na Skraju Drogi, on jest mierzony miarą gigantów, do których Fabryczna Zona nigdy nie chciała i nigdy nie doskoczy.


Aktualizacja:

Bagno Szaleńców, Na Skraju Strefy




Przeczytałem również "Na Skraju Strefy" oraz "Bagno Szaleńców". Ta pierwsza miała ciekawy tytuł i blurb na okładce, a ta druga to drugie dzieło uniwersów napisane przez kobietę i połowie zawiera zwrot akcji. Chyba właśnie wyczerpałem całą listę zalet. Wobec tego co nie grało? Cała reszta. KAŻDY mógłby sobie napisać takie książki. Nawet w gimnazjum, jak sądzę i babcia też. 

Czerep Mutanta


Raz stalker Pietrow myśli sobie: wszystko już w tej Zonie znajome i złażone do imentu. Nuda straszna. Myśli Pietrow dalej - znam już wszystkie anomalie, widziałem wszystkie mutaki... sztampa. No więc wraca stalker Pietrow na Dużą Ziemię, wstępuje do jakiejś księgarni a tam patrzy - Czerep Mutanta. "No, w końcu jakaś odmiana" powiedział sobie Pietrow.

Krótko mówiąc, po "Bagnie Szaleńców" i "Wstędze" sądziłem, że formuła mi się przejadła, a seria nie dostarczy mi już rozrywki nawet najprostszej i nieobciążającej zwojów mózgowych. Jednak w chwili słabości sięgnąłem po wcześniejszy tom z serii, czyli ten nieszczęsny "Czerep..." i już wiem, że to nie schemat mnie znudził, tylko tamte wymienione wcześniej tomy jakieś takie pechowo bezzębne.

Noczkin to świetny opowiadacz, jego kryminalna historyjka jest prosta i grubymi nićmi szyta, ale podana za pomocą zabawnych dialogów, ciekawych postaci i cały ten stalkerski plan minimum. Nic tu nowego nie ma, tutejsza Strefa to totalnie uniwersum gry i nie ma od tego odstępstw. Książka nie jest więc wysokich lotów, ale trzeba mieć jednak tego talentu trochę, żeby z tak skostniałej formuły i absurdalnych założeń wykrzesać coś tak przyjemnego w odbiorze.


piątek, 30 czerwca 2017

Infestation: The New Z




Tło geopolityczne i społeczne

Odnalazłem na steam zakładkę "free to play". Spore ryzyko wdepnięcia w coś radioaktywnego. Taktyczny łyk czegoś mocniejszego dla kurażu, nałożenie maski gazowej na twarz - byłem gotów. Starałem się omijać różne szczególnie nadgniłe kawałki kodu.

Przebierałem w tytułach, instalując i odinstalowując różne gry, bez większego entuzjazmu i bez żadnych sukcesów. Wtem! The new Z! Postanowione - będzie strzelanie do zombie w otwartym świecie online.

Najpierw szybki risercz, co to za jedna, ta apokalipsa.

Gra trafiła do działu darmówek w atmosferze skandalu, wcześniej była dostępna na sklepie w atmosferze skandalu, a jeszcze wcześniej bardzo długo powstawała - łatwo zgadnąć w jakiej atmosferze. Losy gry idealnie dopasowane do zombie-apokalipsy o której traktuje -  wygląda paskudnie, była wielokrotnie uśmiercana, powraca do życia i straszy biedne osoby, które zmuszone są stawić jej czoła. Ponadto podobnie jak każdy kto oglądał jakikolwiek horror, powinien wiedzieć jak sobie z zombie poradzić, jednak z niewyjaśnionych przyczyn w praktyce mu ulega. Tak tez jest z tą grą. Sam jestem tego przykładem.


Złe miłego początki


piątek, 23 czerwca 2017

Littlemooonster96 in the Shell

VLOG in the Shell

Nałóż słuchawki, zamknij oczy i... wstąp do świata najbliższej przyszłości. Twoją przewodniczką będzie najpopularniejsza polska vlogerka modowa.



(po rozwinięciu posta, dostępna wersja tekstowa i posłowie)


piątek, 31 marca 2017

Skomlenie w sprawie Ghost in the Shell (2017)

Nie podobał mi się nowy Ghost in the Shell. 

Tam, gdzie oryginał poruszał kwestie tożsamości człowieka w stechnicyzowanym świecie zdominowanym przez SI, oraz zagadnieniu tytułowego stężenia maszyny w człowieku, oraz człowieka w maszynie, tam nowy GitS serwuje łzawe wątki melodramatyczne i bardzo dużo akcji. Najgorzej, że czasem więcej inspiruje się kliszami z filmów, które powstały w USA na długo po premierze swojego pierwowzoru.


czwartek, 16 marca 2017

Nostalgia za Światami Zaginionymi leczona w Kong: Wyspa Czaszki (2017)


Nie jest żadną tajemnicą, że w ogóle nie trawię filmów o superbohaterach. Nie lubię i już. Jest jednak coś innego, do czego nigdy nie trzeba mnie namawiać, gdzie wiele złego na ekranie jestem w stanie znieść, a mimo to odczuwać satysfakcję. Filmy prezentujące dinozaury oraz inne gatunki dawno wymarłych, nigdy nieistniejących lub wielce zmutowane odpowiedniki istniejących zwierząt, oto czego mi trzeba. Wybrałem się więc na nowego King Konga. Niczego nie żałuję, chociaż było mniej bardzo dobrze, niż się spodziewałem. Nie byłbym w stanie rzec z przekonaniem, że wolę nowego Konga od tego poprzedniego, z 2005 roku. 

Oto garść luźnych uwag, jakie przyszły mi na myśl po seansie:  


sobota, 28 stycznia 2017

"Diabeł odpala palcem papierosa"


To musi się odbywać nocami.

Ja śpię sobie ukołysany na tej skrzypiącej kanapie, nakryty kołderką jako te niewiniątko, śni mi się piknik i wyścigi w workach. Wtem, uchyla się wejście mojego pokoiku. Przez szczelinę najpierw wsuwają się paluchy zaciśnięte na drzwiach, a zaraz za nimi pojawia się szpiczasty nos i oblicze nieproszonego gościa. Po chwili przeciska się cały i ostrożnie stąpa w moim kierunku. W ciemności jest niewidoczny a w tej ciszy, przerywanej tylko moim miarowym oddechem, całkowicie bezszelestny. Gdy już się do mnie zakradnie, jedną ręką rozwiera mi paszczękę, a drugą przechyla butelczynę z ciekłym amoniakiem, wprowadzając jej trującą zawartość do mojej gardzieli. Obraca się na pięcie, zaciera ręce, uśmiecha się pod nosem i wypełza z pokoju. Godzina 3:05.

To jedna z mniej przerażających teorii tłumaczących poranny ból gardła, nieznośny podczas przełykania, kaszel, chrypę i ból w obrębie płuc. Istnieje jeszcze teoria smogowa. Jest o tyle lepsza, że za jednym zamachem tłumaczy powyższe objawy, tak jak i występujący obocznie świszczący oddech.



Mieszkam w orlim gnieździe osiedla Chrobrego w Poznaniu, więc mam całkiem niezły widok na kopułę pyłu okrywającą miasto. Wolę nie wychodzić na zewnątrz, ale nie mam też specjalnych złudzeń odnośnie szczelności wszystkich okien w mieszkaniu. Gdy sytuacja się trochę poprawi, wyjdę do castoramy i kupię taśmę izolacyjną i zabiję okna deskami i będzie bezpiecznie.

W zeszłym roku korzystałem z aplikacji monitorującej poziom smogu na mieście. Później przestałem z niej korzystać, jakoś nie pamiętam dlaczego. W tym roku znów ją pobrałem i wszystko sobie przypomniałem. Cogodzinne sprawdzanie zmian natężenia rakotwórczych pyłów mnie szybko uzależnia i doprowadza do obłędu. Jeżeli się nad tym zastanowić, to wciąż bredzę o tym smogu. Teraz jeszcze robię screeny i wysyłam Bratu. On też jest podatny na tę paranoję.

W sumie, po co w zdrowej tkance społecznej miałoby się znaleźć miejsce dla takich słabowitych alergików, astmatyków czy tych - pożal się boże - starców i dzieciąt? No i ci biegacze. Ich też trzeba wytępić, tylko się obnoszą po mieście z tym swoim zdrowym trybem życia. Niech pobiegają, niech nawdychają, na zdrowie he! To samo tyczy się pozostałych obywatelek i obywateli. Niech giną. Pomyślał sobie minister środowiska, minister zdrowia, nasza premierka i prezydent. Co za szwarccharaktery.


'mask up!'



czwartek, 26 stycznia 2017

Wizyta (2015) + ogłoszenie parafialne


Po latach patrzenia na Blog przez palce, w końcu jego nieszczęsne tło dopasowuje się do rozdzielczości na ekranie użytkownika! Długo trwało zaniechanie w tej sprawie, a jakże prostym nakładem sił udało się widocznie polepszyć prezencję Bloga. To bardzo symboliczne i wymowne.
Wizualizacja zmian na Blogu
Widziałem ostatnio "Wizytę" niesłychanego Shyamalana. Niesłychanego, bo począwszy od jego Wielkiego Debiutu ("6 zmysł"),  każdy kolejny film  był coraz gorszy ("Osada", "Znaki"), a w pewnym momencie jego kino dosięgnęło poziomu, którego naturalnymi odbiorcami były skorupiaki i ruchliwe glony penetrujące osady denne ("Zdarzenie", "Ostatni Władca Wiatru", "1000 lat po ziemi"). Och, zapomniałbym o "Kobiecie w błękitnej wodzie", ale są to takie farmazoniaste koszałki-opałki, że nie da się tego obejrzeć w całości. Takie to kino.

Główna metoda tego sympatycznego hindusa to zaskoczenie. A właściwie zaskoczenie i dziwne poczucie humoru, to dwie metody. Zaskoczenie, specyficzne poczucie humoru i nieszablonowe-dziwaczne fabuły. Trzy metody. Zaskoczenie, specyficzne poczucie humoru, nieszablonowe-dziwaczne fabuły, suspens. Cztery... Nie! Wśród metod Shyamalana... Wśród jego metod są takie elementy jak: zaskoczenie, specyficzne... Zaraz, do rzeczy:

Shyamalan dostawał od śmieszków w Hollywood tym większe budżety, im gorsze filmy robił, pewnego razu musiało mu obrzydnąć to rozpasanie, albo też frakcja producentów-śmieszkistów została odsunięta od kurka z forsą... tego się nie dowiem, chociaż pewnie mógłbym. Tak, czy siak, nieważne czy to wielka dystrybucja odwróciła się od autora, czy odwrotnie. Shyamalan własnym sumptem zebrał środki i ekipę, jako niezależny twórca stworzył w 2015 roku horror, który w swej groteskowej formule ma na zmianę straszyć i bawić. Nieczęsto się udaje żeby horror straszył i bawił, czasami się udaje, ale to spory wyczyn. Czy w tym przypadku się udało? Na ekranie smartfona podczas seansu mogłem zobaczyć odbicie własnego pogodnego oblicza rozjaśnionego w szczerym uśmiechu, a chwilę potem na wszelki wypadek wyciągałem z ucha jedną (a czasem dwie!) słuchawki, modląc się w duchu, żeby nikt nie zobaczył tego aktu tchórzostwa (a przysięgam, w tych momentach byłem pewien, że ktoś/coś mnie obserwuje). Nie podoba mi się, że to napisałem, później ktoś ewentualnie zachęcony skonfrontuje mój entuzjazm z filmem i na bank się zawiedzie, często tak jest... Dobra, uciekam na uczelnie, dokończę wieczorem - cześć!... Cześć, już wróciłem! No więc, mogę sobie gadać, ale fakty są takie, że "Wizyta" okazała się na tyle dobrze przyjęta przez krytykę i widownię, że właśnie w kinach jest jego nowy film i ponoć jest przynajmniej niezły. To dobra zmiana dla Shyamalana względem ostatniej dekady, która przyniosła mu stos nagród filmowych, sęk w tym, że były to przeważnie złote maliny. Niektórzy wciąż nie pozbierali się po seansie wartego  hehe 130 000 000$ hehe widowiska hehe science fiction hehe  "1000 lat po Ziemi" hehe (nie tylko ja, bo Will Smith jako odtwórca roli drugoplanowej uznaje to przedsięwzięcie za swoją największą klęskę).



Ale miało być o "Wizycie". Horror z podgatunku odnalezionych taśm (kręcony niby amatorsko, z ręki), ale spokojnie - to jeden z nielicznych przedstawicieli gatunku, niewywołujący ataku epilepsji u osób chorych na padaczkę. Do tego konwencja jest dobrze umotywowana, a osóbka dzierżąca kamerę bardzo starannie obmyśla kadry, bo takie ma filmowe hobby. Samej treści nie zamierzam streszczać i wystarczy jak powiem, że wnuczęta odwiedzają babcię i dziadka. Konfrontuje się ta treść z dość powszechnym w naszej kulturze tabu związanym ze starością.

W wielu miejscach, może trochę nachalnie, reżyser puszcza oko do takiego widza, który już widział parę horrorów a do tego pamięta coś niecoś z własnego dzieciństwa. Zabawa jest przednia i tylko żałuję, że nie odważono się zakończyć filmu szybciej, to jest wraz z końcem akcji właściwej. Rozumiem, że autor chciał dopiąć na ostatni guzik wszystkie wątki, zwłaszcza, że w wywiadach podkreśla, że sam horror nie jest dla niego najważniejszy, bo liczą się ludzie i ich psychologiczne zagmatwanie. No okej, ale po tak filutnym finale, serwować jeszcze porcję dziegciu w formie mniej ciekawych epilogów, e!

 

wtorek, 17 stycznia 2017

Kosmiczny remiks - Pasażerowie (2016)





Poniżej umieszczam plakaty filmów, które nieuchronnie przychodzą na myśl podczas oglądania nieszczęsnych Pasażerów: 

Nie robiłbym specjalnego zarzutu z tego, że Pasażerowie zadłużają się po uszy, usiłując symulować znane nam już motywy. Szkopuł w tym, że wszelkie próby nabycia przez film własnej tożsamości - twórcy niemiłosiernie ukracają w zarodku kolejnymi tchórzliwymi zwrotami akcji oraz czasowymi paraliżami poprawnego rozumowania postaci. Wielka szkoda, ponieważ to mogło być coś o czym warto by pamiętać, o czym warto by rozmawiać. Finalnie Pasażerowie okazali się Panem i Panią Bulwami ułożonymi z samych cudzesów. 

Przez chwilę chciałem wypunktować co dokładnie z poniższych filmów zostało zapożyczone, by się wyjaśnić z obecności np. Obliviona i Moon na poniższej liście, ale zrezygnowałem, ponieważ musiałbym zdradzić całą fabułę wraz z jej niuansami (które i tak są jasne z góry, dla pechowców, którzy widzieli zwiastun), a to nie wchodzi w grę. 
 




Kurczę, że też te wszystkie nawiązania: a to do różnic klasowych zakochanych na tonącym okręcie, a to do możliwej przemiany bohatera w gościa od Here's Johnny! etc., to tylko takie ciekawostki. Cała reszta miała być tylko dobrze zarabiającym, idealnie skrojonym pod panującą modę filmidłem bez żadnych ambicji. Wielka szkoda #2.


sobota, 7 stycznia 2017

Wpis wspominkowo-terapeutyczny 2071


Wpis z pierwszego stycznia zeszłego roku potwierdza, że przepowiednie cechujące się wystarczającym poziomem uogólnienia, mają przyzwoicie wysokie prawdopodobieństwo ziszczenia. Pozostawiam je więc powtórnie w mocy noworocznej. Skoro nie trzeba myśleć o nowych, pozostaje miejsce i czas na poniższe dywagacje zwieńczone umiarkowanym happy endem, ale pozostawiającym po sobie nieco dobrej goryczy.




 Cała rzecz w tym, że nie mam nic do powiedzenia. Niegdyś mi to nie przeszkadzało, ponieważ na starym blogu pisałem cokolwiek i było to relaksujące, przynajmniej tak bardzo, jak masaże kamieniami. Masaże czym? Mnie nie pytajcie, mam w rodzinie katolickiego księdza, który uwielbia takie relaksujące masaże kamieniami pasjami, twierdzi, że są relaksujące a głupio mi było dopytywać o szczegóły, ale podejrzewam, że nie chodziło o to coś takiego: 


  (najgorzej, jak ktoś coś mówi, a wyobraźnia podpowiada tylko z tego, co ma pod ręką).

  
  Gdzie się podziały miłe chwile wyklepywania na klawiaturze o wszystkim i o niczym? 

  Może to tłumaczyć teoria, według której za powściągnięciem mojej radosnej twórczości stoi Uświadomienie. Nagłe, lecz nieuniknione zdanie sobie sprawy z istnienia rozmaitych blogów, blogasków, mediów społecznościowych na których operuje ktoś więcej niż parę osóbek z klasy oraz innych tego typu miejsc. Mówiąc w skrócie, nie jestem w stanie prawie niczego napisać, wiedząc, że za każdym kątem kryje się jakiś błyskotliwy autor lub autorka w porównaniu do których, wszystko co miałoby się tu wyczyniać to nieśmieszny żart (może dlatego tak lubię film HiWay?). Wcześniej żyłem sobie wesoło we własnej bańce na starym blogu i miałem w nosie, czy to ładne i mądre, że właśnie opowiedziałem, że przechadzałem się po osiedlu.

  Istnieje również teoria, że zmądrzałem na tyle, żeby mnie samego przestało interesować, co mi się wydarzyło ostatnio i o czym sobie niby to pomyślałem, z powodu banalnej wagi, tego typu przedsięwzięć. Ta alternatywa ma sens i mnie w pełni zadowala, bo istnieje też trzecia opcja. Najstraszliwsza. Może nie mam już niczego do powiedzenia. Mogłem przestać potrafić pisać różne rzeczy, co byłoby szczególnie smutne, skoro już wtedy pisywałem tak raczej z przymrużeniem oka. Nie oszukujmy się, niektóre swoje stare wpisy, te ze starego bloga z przed, kurczę, jakiś 5 lat - mógłbym przeczytać i teraz ze sporą dozą uznania. A obecnie? Raz na miesiąc czy dwa wymęczę jakiś wpis na zupełnie marginalny temacik, tylko po to, żebym po kilku dniach nawet nie mógł na niego spojrzeć, a jestem przecież twórcą i głównym odbiorcą tej paplaniny (przy czym doceniam jednocześnie heroizm Starego Wujka w tej sprawie, który czuwa przedwiecznie zawsze i wszędzie). Na to wszystko nakłada się mój paniczny lęk przed błędnie posianymi, bluźnierczymi przecinkami, które są jak bolesne drzazgi powbijane w skórę. 
  

  Z samego dna łypie jeszcze ewentualność, że to wszystko mi się przyśniło, a tak naprawdę zawsze było tak, jak jest teraz - trochę do chrzanu, a trochę fajnie.

  Zaraz, zaraz. Nie z tego, nie z owego, nagle poczułem się dużo lepiej. Nawet wróciła mi skłonność do dowcipkowania, widzę, że pojawiły się ponad cztery akapity tekstu... Temat osobisty o nikłej wadze, wartość terapeutyczna, żarcik o księdzu w rodzinie lubującym się w masażach kamieniami? Jest, jest, jest. Czyli dokonało się zupełnie jak za starych czasów.

  Doskonale. Mogę teraz usnąć snem sprawiedliwych (ale trochę winnych, bo zamiast przelewać z próżnego w puste, powinienem był wystukiwać prezentację na poniedziałkowe seminarium, ale wtedy nie byłoby tego katharsis, którego doświadczyłem dzięki... no, wiadomo, w czym rzecz).

Czym się różni jeden porządny człowiek od drugiego?