sobota, 28 stycznia 2017

"Diabeł odpala palcem papierosa"


To musi się odbywać nocami.

Ja śpię sobie ukołysany na tej skrzypiącej kanapie, nakryty kołderką jako te niewiniątko, śni mi się piknik i wyścigi w workach. Wtem, uchyla się wejście mojego pokoiku. Przez szczelinę najpierw wsuwają się paluchy zaciśnięte na drzwiach, a zaraz za nimi pojawia się szpiczasty nos i oblicze nieproszonego gościa. Po chwili przeciska się cały i ostrożnie stąpa w moim kierunku. W ciemności jest niewidoczny a w tej ciszy, przerywanej tylko moim miarowym oddechem, całkowicie bezszelestny. Gdy już się do mnie zakradnie, jedną ręką rozwiera mi paszczękę, a drugą przechyla butelczynę z ciekłym amoniakiem, wprowadzając jej trującą zawartość do mojej gardzieli. Obraca się na pięcie, zaciera ręce, uśmiecha się pod nosem i wypełza z pokoju. Godzina 3:05.

To jedna z mniej przerażających teorii tłumaczących poranny ból gardła, nieznośny podczas przełykania, kaszel, chrypę i ból w obrębie płuc. Istnieje jeszcze teoria smogowa. Jest o tyle lepsza, że za jednym zamachem tłumaczy powyższe objawy, tak jak i występujący obocznie świszczący oddech.



Mieszkam w orlim gnieździe osiedla Chrobrego w Poznaniu, więc mam całkiem niezły widok na kopułę pyłu okrywającą miasto. Wolę nie wychodzić na zewnątrz, ale nie mam też specjalnych złudzeń odnośnie szczelności wszystkich okien w mieszkaniu. Gdy sytuacja się trochę poprawi, wyjdę do castoramy i kupię taśmę izolacyjną i zabiję okna deskami i będzie bezpiecznie.

W zeszłym roku korzystałem z aplikacji monitorującej poziom smogu na mieście. Później przestałem z niej korzystać, jakoś nie pamiętam dlaczego. W tym roku znów ją pobrałem i wszystko sobie przypomniałem. Cogodzinne sprawdzanie zmian natężenia rakotwórczych pyłów mnie szybko uzależnia i doprowadza do obłędu. Jeżeli się nad tym zastanowić, to wciąż bredzę o tym smogu. Teraz jeszcze robię screeny i wysyłam Bratu. On też jest podatny na tę paranoję.

W sumie, po co w zdrowej tkance społecznej miałoby się znaleźć miejsce dla takich słabowitych alergików, astmatyków czy tych - pożal się boże - starców i dzieciąt? No i ci biegacze. Ich też trzeba wytępić, tylko się obnoszą po mieście z tym swoim zdrowym trybem życia. Niech pobiegają, niech nawdychają, na zdrowie he! To samo tyczy się pozostałych obywatelek i obywateli. Niech giną. Pomyślał sobie minister środowiska, minister zdrowia, nasza premierka i prezydent. Co za szwarccharaktery.


'mask up!'



czwartek, 26 stycznia 2017

Wizyta (2015) + ogłoszenie parafialne


Po latach patrzenia na Blog przez palce, w końcu jego nieszczęsne tło dopasowuje się do rozdzielczości na ekranie użytkownika! Długo trwało zaniechanie w tej sprawie, a jakże prostym nakładem sił udało się widocznie polepszyć prezencję Bloga. To bardzo symboliczne i wymowne.
Wizualizacja zmian na Blogu
Widziałem ostatnio "Wizytę" niesłychanego Shyamalana. Niesłychanego, bo począwszy od jego Wielkiego Debiutu ("6 zmysł"),  każdy kolejny film  był coraz gorszy ("Osada", "Znaki"), a w pewnym momencie jego kino dosięgnęło poziomu, którego naturalnymi odbiorcami były skorupiaki i ruchliwe glony penetrujące osady denne ("Zdarzenie", "Ostatni Władca Wiatru", "1000 lat po ziemi"). Och, zapomniałbym o "Kobiecie w błękitnej wodzie", ale są to takie farmazoniaste koszałki-opałki, że nie da się tego obejrzeć w całości. Takie to kino.

Główna metoda tego sympatycznego hindusa to zaskoczenie. A właściwie zaskoczenie i dziwne poczucie humoru, to dwie metody. Zaskoczenie, specyficzne poczucie humoru i nieszablonowe-dziwaczne fabuły. Trzy metody. Zaskoczenie, specyficzne poczucie humoru, nieszablonowe-dziwaczne fabuły, suspens. Cztery... Nie! Wśród metod Shyamalana... Wśród jego metod są takie elementy jak: zaskoczenie, specyficzne... Zaraz, do rzeczy:

Shyamalan dostawał od śmieszków w Hollywood tym większe budżety, im gorsze filmy robił, pewnego razu musiało mu obrzydnąć to rozpasanie, albo też frakcja producentów-śmieszkistów została odsunięta od kurka z forsą... tego się nie dowiem, chociaż pewnie mógłbym. Tak, czy siak, nieważne czy to wielka dystrybucja odwróciła się od autora, czy odwrotnie. Shyamalan własnym sumptem zebrał środki i ekipę, jako niezależny twórca stworzył w 2015 roku horror, który w swej groteskowej formule ma na zmianę straszyć i bawić. Nieczęsto się udaje żeby horror straszył i bawił, czasami się udaje, ale to spory wyczyn. Czy w tym przypadku się udało? Na ekranie smartfona podczas seansu mogłem zobaczyć odbicie własnego pogodnego oblicza rozjaśnionego w szczerym uśmiechu, a chwilę potem na wszelki wypadek wyciągałem z ucha jedną (a czasem dwie!) słuchawki, modląc się w duchu, żeby nikt nie zobaczył tego aktu tchórzostwa (a przysięgam, w tych momentach byłem pewien, że ktoś/coś mnie obserwuje). Nie podoba mi się, że to napisałem, później ktoś ewentualnie zachęcony skonfrontuje mój entuzjazm z filmem i na bank się zawiedzie, często tak jest... Dobra, uciekam na uczelnie, dokończę wieczorem - cześć!... Cześć, już wróciłem! No więc, mogę sobie gadać, ale fakty są takie, że "Wizyta" okazała się na tyle dobrze przyjęta przez krytykę i widownię, że właśnie w kinach jest jego nowy film i ponoć jest przynajmniej niezły. To dobra zmiana dla Shyamalana względem ostatniej dekady, która przyniosła mu stos nagród filmowych, sęk w tym, że były to przeważnie złote maliny. Niektórzy wciąż nie pozbierali się po seansie wartego  hehe 130 000 000$ hehe widowiska hehe science fiction hehe  "1000 lat po Ziemi" hehe (nie tylko ja, bo Will Smith jako odtwórca roli drugoplanowej uznaje to przedsięwzięcie za swoją największą klęskę).



Ale miało być o "Wizycie". Horror z podgatunku odnalezionych taśm (kręcony niby amatorsko, z ręki), ale spokojnie - to jeden z nielicznych przedstawicieli gatunku, niewywołujący ataku epilepsji u osób chorych na padaczkę. Do tego konwencja jest dobrze umotywowana, a osóbka dzierżąca kamerę bardzo starannie obmyśla kadry, bo takie ma filmowe hobby. Samej treści nie zamierzam streszczać i wystarczy jak powiem, że wnuczęta odwiedzają babcię i dziadka. Konfrontuje się ta treść z dość powszechnym w naszej kulturze tabu związanym ze starością.

W wielu miejscach, może trochę nachalnie, reżyser puszcza oko do takiego widza, który już widział parę horrorów a do tego pamięta coś niecoś z własnego dzieciństwa. Zabawa jest przednia i tylko żałuję, że nie odważono się zakończyć filmu szybciej, to jest wraz z końcem akcji właściwej. Rozumiem, że autor chciał dopiąć na ostatni guzik wszystkie wątki, zwłaszcza, że w wywiadach podkreśla, że sam horror nie jest dla niego najważniejszy, bo liczą się ludzie i ich psychologiczne zagmatwanie. No okej, ale po tak filutnym finale, serwować jeszcze porcję dziegciu w formie mniej ciekawych epilogów, e!

 

wtorek, 17 stycznia 2017

Kosmiczny remiks - Pasażerowie (2016)





Poniżej umieszczam plakaty filmów, które nieuchronnie przychodzą na myśl podczas oglądania nieszczęsnych Pasażerów: 

Nie robiłbym specjalnego zarzutu z tego, że Pasażerowie zadłużają się po uszy, usiłując symulować znane nam już motywy. Szkopuł w tym, że wszelkie próby nabycia przez film własnej tożsamości - twórcy niemiłosiernie ukracają w zarodku kolejnymi tchórzliwymi zwrotami akcji oraz czasowymi paraliżami poprawnego rozumowania postaci. Wielka szkoda, ponieważ to mogło być coś o czym warto by pamiętać, o czym warto by rozmawiać. Finalnie Pasażerowie okazali się Panem i Panią Bulwami ułożonymi z samych cudzesów. 

Przez chwilę chciałem wypunktować co dokładnie z poniższych filmów zostało zapożyczone, by się wyjaśnić z obecności np. Obliviona i Moon na poniższej liście, ale zrezygnowałem, ponieważ musiałbym zdradzić całą fabułę wraz z jej niuansami (które i tak są jasne z góry, dla pechowców, którzy widzieli zwiastun), a to nie wchodzi w grę. 
 




Kurczę, że też te wszystkie nawiązania: a to do różnic klasowych zakochanych na tonącym okręcie, a to do możliwej przemiany bohatera w gościa od Here's Johnny! etc., to tylko takie ciekawostki. Cała reszta miała być tylko dobrze zarabiającym, idealnie skrojonym pod panującą modę filmidłem bez żadnych ambicji. Wielka szkoda #2.


sobota, 7 stycznia 2017

Wpis wspominkowo-terapeutyczny 2071


Wpis z pierwszego stycznia zeszłego roku potwierdza, że przepowiednie cechujące się wystarczającym poziomem uogólnienia, mają przyzwoicie wysokie prawdopodobieństwo ziszczenia. Pozostawiam je więc powtórnie w mocy noworocznej. Skoro nie trzeba myśleć o nowych, pozostaje miejsce i czas na poniższe dywagacje zwieńczone umiarkowanym happy endem, ale pozostawiającym po sobie nieco dobrej goryczy.




 Cała rzecz w tym, że nie mam nic do powiedzenia. Niegdyś mi to nie przeszkadzało, ponieważ na starym blogu pisałem cokolwiek i było to relaksujące, przynajmniej tak bardzo, jak masaże kamieniami. Masaże czym? Mnie nie pytajcie, mam w rodzinie katolickiego księdza, który uwielbia takie relaksujące masaże kamieniami pasjami, twierdzi, że są relaksujące a głupio mi było dopytywać o szczegóły, ale podejrzewam, że nie chodziło o to coś takiego: 


  (najgorzej, jak ktoś coś mówi, a wyobraźnia podpowiada tylko z tego, co ma pod ręką).

  
  Gdzie się podziały miłe chwile wyklepywania na klawiaturze o wszystkim i o niczym? 

  Może to tłumaczyć teoria, według której za powściągnięciem mojej radosnej twórczości stoi Uświadomienie. Nagłe, lecz nieuniknione zdanie sobie sprawy z istnienia rozmaitych blogów, blogasków, mediów społecznościowych na których operuje ktoś więcej niż parę osóbek z klasy oraz innych tego typu miejsc. Mówiąc w skrócie, nie jestem w stanie prawie niczego napisać, wiedząc, że za każdym kątem kryje się jakiś błyskotliwy autor lub autorka w porównaniu do których, wszystko co miałoby się tu wyczyniać to nieśmieszny żart (może dlatego tak lubię film HiWay?). Wcześniej żyłem sobie wesoło we własnej bańce na starym blogu i miałem w nosie, czy to ładne i mądre, że właśnie opowiedziałem, że przechadzałem się po osiedlu.

  Istnieje również teoria, że zmądrzałem na tyle, żeby mnie samego przestało interesować, co mi się wydarzyło ostatnio i o czym sobie niby to pomyślałem, z powodu banalnej wagi, tego typu przedsięwzięć. Ta alternatywa ma sens i mnie w pełni zadowala, bo istnieje też trzecia opcja. Najstraszliwsza. Może nie mam już niczego do powiedzenia. Mogłem przestać potrafić pisać różne rzeczy, co byłoby szczególnie smutne, skoro już wtedy pisywałem tak raczej z przymrużeniem oka. Nie oszukujmy się, niektóre swoje stare wpisy, te ze starego bloga z przed, kurczę, jakiś 5 lat - mógłbym przeczytać i teraz ze sporą dozą uznania. A obecnie? Raz na miesiąc czy dwa wymęczę jakiś wpis na zupełnie marginalny temacik, tylko po to, żebym po kilku dniach nawet nie mógł na niego spojrzeć, a jestem przecież twórcą i głównym odbiorcą tej paplaniny (przy czym doceniam jednocześnie heroizm Starego Wujka w tej sprawie, który czuwa przedwiecznie zawsze i wszędzie). Na to wszystko nakłada się mój paniczny lęk przed błędnie posianymi, bluźnierczymi przecinkami, które są jak bolesne drzazgi powbijane w skórę. 
  

  Z samego dna łypie jeszcze ewentualność, że to wszystko mi się przyśniło, a tak naprawdę zawsze było tak, jak jest teraz - trochę do chrzanu, a trochę fajnie.

  Zaraz, zaraz. Nie z tego, nie z owego, nagle poczułem się dużo lepiej. Nawet wróciła mi skłonność do dowcipkowania, widzę, że pojawiły się ponad cztery akapity tekstu... Temat osobisty o nikłej wadze, wartość terapeutyczna, żarcik o księdzu w rodzinie lubującym się w masażach kamieniami? Jest, jest, jest. Czyli dokonało się zupełnie jak za starych czasów.

  Doskonale. Mogę teraz usnąć snem sprawiedliwych (ale trochę winnych, bo zamiast przelewać z próżnego w puste, powinienem był wystukiwać prezentację na poniedziałkowe seminarium, ale wtedy nie byłoby tego katharsis, którego doświadczyłem dzięki... no, wiadomo, w czym rzecz).

Czym się różni jeden porządny człowiek od drugiego?