czwartek, 8 grudnia 2016

Gothic I, II vs. Risen


Wykopałem ze stosu przecen grę Risen. Czy było warto? Trochę. Grę oddałem do biblioteki. Pozostało mi kilka wspomnień, którymi teraz się podzielę. Oto one.

Dałem się nabrać na medialne slogany o duchowym następcy Gothica. Wiązałem z tym pewne nadzieje. Nęcąco brzmiały obietnice powrotu serii do korzeni dwóch pierwszych części cyklu (po klęsce części 4 oraz dyskusyjnym statusie części 3). Jeżeli przez "powrót do korzeni" mamy rozumieć lilipuci obszar gry z części pierwszej, ilość możliwych interakcji ze światem taka sama jak w części drugiej z 2002 roku, to owszem. Jednak jeżeli przypominamy sobie wciągający klimat, barwne postacie, rozbudowane dialogi i ciekawe zadania, to owszem, nie. 

Risen nie jest duchowym następcą, tylko imitacją. Porównywanie go do najlepszych części cyklu wychodzi tak niezręcznie jak zestawienie ze sobą kinowych Władcy Pierścieni i Hobbita. 

Rzecz w tym, że widać tu same powtórki, ale za każdym razem wykonane w gorszym stylu. Dla mnie dodatkowo na minus zapisuje się dużo mechaniki pożyczonej z trzeciej części cyklu, która gryzie się z projektem świata ewidentnie nawiązującym do części pierwszych. Między Gothic I,II a III istnieje przepaść w hm... filozofii rozgrywki. Risen się uparł, żeby tę lukę wypełnić. Z marnym skutkiem. Dużo wad gry wynika wprost z tego niezdecydowania twórców. Brakuje też świeżych pomysłów, w zasadzie nie ma tu żadnych nowych rozwiązań fabularnych, umiejętności, postaci, walk, potworów, zadań, interakcji z postaciami. Szkoda. 

Zobaczmy w dalszej części wpisu, co się stanie, gdy porównamy Risena ze słynnymi poprzednikami!


środa, 7 grudnia 2016

Spectre of sexsism

Jeny. Przedwczoraj chciałem zrobić jakąś krótką relację z przeczytania książki Żywe Lalki. Trochę po to, żeby sobie jakoś odreagować, upuścić trochę złej krwi, bo to z jednej strony bezsilność, z drugiej narastający gniew, jak bardzo do wielu ludzi nie dociera, o czym się raz po raz na własnej skórze przekonuję.

Na szczęście nie muszę strzępić języka, tylko mi się wydawało, że mam na to ochotę. Z odsieczą przybyła patologiczna społeczność internetowa, z charakterystycznym dla siebie przerysowaniem, oddająca sens sprawy. Atrakcją dodatkową jest wyzierające z artykuliku bycie chujem filmwebowych pismaków, którzy tak dobierają słowa i zdjęcia, żeby na poziomie najprymitywniejszych bodźców sprowokować swoją upośledzoną społeczność do ekstatycznego robienia pod siebie w komentarzach.

To bardzo... interesujące, z jaką agresją spotyka się próba uczynienia wyłomu w naszym wyznawanym święcie wzorcu kobiecości sygnowanym przez marki Barbie i Glamour. Hihi. Poza tym, dodatkowo ciekawe, że żółć leje się właśnie na Amy Schumer. Nawet nie wiem iloma warstwami nieplanowanej ironii jest podszyta ta sytuacja.

Wyciąłem powtarzające się komentarze o poprawności politycznej oraz teksty, których nie rozumiałem etc.


Czym się różni jeden porządny człowiek od drugiego?