czwartek, 8 lutego 2018

"The Thing" (video game)

(nigdy nieopublikowany post z lutego zeszłego roku, uzupełniony o świeże doniesienia)

Zachęcony sukcesem Trespassera nie bałem się już spełniać marzeń. Zacząłem poszukiwania gry The Thing. Nie, nie, to nie pomyłka. Naprawdę w roku 2004 wydano egranizację mrożącego krew w żyłach arktycznego horroru Carpentera. 

Czytałem/oglądałem obrazki o tej grze w Komputer Świat Gry, jakoś tak w 2003 roku i od tamtego czasu BARDZO chciałem zagrać. Jakoś się nie złożyło. W czasach bardziej współczesnych gra zupełnie wypadła z obiegu, nie łapiąc się do świata cyfrowej dystrybucji. Gdzie nie steam nie może, tam torrenta pośle, jak to mówią. 


Nie mam weny, więc załatwię tę sprawę od myślników. 

-- Gra funkcjonuje na PC jako port z konsoli PS2. Smutną tego konsekwencją są ograniczenia wielkości poziomów, umowność grafiki, haniebne sterowanie i brak systemu zapisu w dowolnym momencie (to ostatnie działa w sumie na plus, bo wymusza ostrożność, ale im bliżej końca gry tym złośliwiej są poustawiane punkty). 




Nasz wirtualny koszmar zaczyna się od momentu, w którym zakończył się film. Przy zgliszczach dopalającej się stacji badawczej, gdzieś w Arktyce, ląduje śmigłowiec wojskowy desantując komandosów aż rwących się do ogarnięcia tego syfu. Żartowałem. Komandosi faktycznie lądują, ale nie są na nic gotowi. Przyszli tu tylko zgarnąć dokumenty ze stołu - trochę powęszyć i spadać. Nie zdradzę wiele mówiąc, że komandosi na sam widok polarników rozsmarowanych po ścianach szybko załapią, że coś tu nie gra. Będą chcieli tym szybciej wziąć nogi za pas, ale nieboraki bardzo szybko dadzą się porwać... wirowi wydarzeń. 



Odróżniającym patentem jest w tej grze ciekawie zaplanowany system dowodzenia oddziałem. Jesteśmy dowódcą i możemy wydawać podopiecznym proste rozkazy oraz zarządzać ich ekwipunkiem. To standard, nowinką jest możliwość monitorowania ich zdrowia psychicznego. Gdy zobaczą zbyt wiele - a zaręczam, że gra nie skąpi widoków maszkar i okropieństw sprzecznych z bożym planem stworzenia i nienadających się do objęcia rozumem - zdezerterują, obrócą się przeciw nam, albo palną sobie w łeb. Gdy nieborakom zbytnio trzęsą się ręce, albo zaczynają bełkotać, trzeba im pilnie suplementować jakieś dragi z apteczki. To jeszcze nic! W świecie wykreowanym przez Carpentera nigdy nie można być pewnym kto jest człowiekiem, a kto jedynie kosmitą w komandosiej skórze. Jeżeli nie wykryjemy tego w porę, może się okazać, że gość który miał kryć nasze tyły - nagle przemienia się w koleżkę ze screena poniżej i odgryza nam głowę: 


Można w porę temu zaradzić robiąc test krwi. Jeżeli krew jest "obca", próbka eksploduje i wtedy... komandos przemiana się natychmiast i od razu nas atakuje. Hm. To już chyba lepiej nie robić testu i liczyć, że przebieraniec jeszcze chwilę dla nas powalczy.

Najpoważniejszą wadą tej gry jest fakt, że dość szybko zdajemy sobie sprawę, że wszystko jest tu z grubsza oskrypotwane. Aż się powtórzę - to poważna wada! Większość śmierci naszych ludzi oraz ich przemian jest z góry zaplanowana przez twórców! Przez naszą nieuwagę mogą czasem zginąć wcześniej, jasne, ale ich los jest z grubsza rozpisany w kodzie.

To krótka notka więc ograniczę się do jeszcze jednej poważnej wady i innej sporej zalety. 

Zaleta: gra ma, chociaż nikt jej o to nie podejrzewał, ciekawą fabułę i zwroty akcji. Naprawdę, prosta historia z filmu znalazła to poważne rozszerzenie. Nie każdemu podpasuje, ale mi bardzo się podobało (jak ktoś oglądał "Domek w głębi lasu" niech się domyśli co mam na myśli). Ponadto do pewnego momentu jest dość pokrewna duchem i atmosferą z fantastycznym filmem.

Wada: mniej więcej od 2/3 cały survival horror idzie w diabły. Ciekawe mechaniki dowodzenia i opiekowaniem się oddziałem idą w odstawkę i gra zmienia się w liniową i przeciętną do bólu strzelankę. Ostatnie dwa etapy to już kuriozalny rajd na mrozie i kładzenie pokotem dziesiątek wrogów. 

Na filmwebie podsumowałem tę grę tak: Na 'hard' zajęło mi 8 godzin obserwowanie, jak intrygujący taktyczny-survival-horror przeistacza się powoli w niewyobrażalnie głupią, frustrującą strzelankę 6/10. Od tego czasu minął rok. Z głowy wywietrzało mi już jak się użerałem z frustrującymi momentami oraz tym, jak wiele mi to granie napsuło krwi (a miejscami było bardzo trudno!). Teraz wspominam głównie ciekawą atmosferę i przewrotną fabułę. 


A teraz "COŚ" innego!

Zupełnym przypadkiem zobaczyłem poniższy obrazek oraz tytuł i już wiedziałem, że to MUSI być na podstawie filmu "The Thing". Skojarzenia narzucają się więc automatycznie. Szybko dowiedziałem się, że faktycznie, niedawno miała premierę zupełnie nowa gra na podstawie filmu "The Thing"- nazywa się Distrust.  To raczej pozytywnie oceniona przez graczy i recenzentów strategia-survival-horror z rzutem izometrycznym i możliwością gry w kooperacji. Nie wiem dużo więcej, ale wiem jedno - MUSZĘ W TO ZAGRAĆ. 

                                

Trespasser 1998 (video game), czyli huzia na raptora




(nieopublikowany post z przed dokładnie roku. Co tu robi teraz? Diabli wiedzą, bo na pewno nie ja)

Słowo wstępne

W lutym przyszła pora na granie w gry. 

Zupełnie obojętnie oglądam nowe tytuły gier na PC. Odstraszają mnie wysokie wymagania sprzętowe. Natomiast aż rwę się do tytułów wydanych w czasach, w których regularnie czytałem CD-Action oraz inne tego rodzaju, a jeszcze chętniej na te, wydane w latach wcześniejszych, gdy czasopisma komputerowe czytał mój Tata (a ja je chciwie przeglądałem, o czym Tata wiedział i zaklejał te bardziej makabryczne screeny żółtymi karteczkami z dopiskiem "cenzura", licha to była bariera, powiadam Wam). 

Po tym osobistym wstępie przechodzę do... prologu. Nie mogę tego powstrzymać! 

Prolog

W latach 90 wszystkie urwisy w przedszkolu i podstawówce najbardziej uwielbiały dinozaury. Jak jeszcze ledwo sięgałem brodą do blatu biurka, rodzice zainstalowali mi demo gry Trespasser. Prawdopodobnie z mieszanymi odczuciami, bo gra była zarezerwowana dla dużo starszych graczy, a moi rodzice przykładali do tego pewną wagę. Na moją korzyść przemawiał fakt, że w Trespasserze były dinozaury, a tego jednego rodzice nigdy nie potrafili mi odmówić. Niewiele mi przyszło z tej radości, bo nikt w rodzinie nie potrafił się rozeznać o co w tej grze chodzi. Tzn. chodzić się dało, ale tylko po malutkim obszarze położonego wysoko nad ziemią lądowiska, wspartego na wysokich kolumnach  i... nic więcej.  

Na etapie demonstracyjnym można połazić po rzeczonej platformie umiejscowionej wprost nad zagrodą dla raptorów. Perspektywa gracza to FPP, ale nie ma się wątpliwości, że gracz kieruje krokami kobiety, bo po zerknięciu w dół można było popatrzeć na swój wirtualny biust. Jak z wtedy, to zapamiętałem tylko ten biust oraz raptory krążące poniżej platformy. Jedyne co mogłem zrobić, jako gracz, to pokierować postacią, by spaść na dół, połamać nogi i stać się pożywką wspomnianych raptorów. "Wczytaj zapis" - powtórz to samo jeszcze raz. Nic więcej nie potrafiłem osiągnąć. I chociaż dawało to okazję do przyjrzenia się tym zabójczym teropodom z bliska, ogólnie dawało to więcej frustracji niż frajdy. Wiedzcie jednak, że grafika była obłędnie fotorealistyczna, a dinozaury naprawdę wygłodniałe. Jednakże, po wielu próbach nawet taki młodociany dino-maniak jak ja, musiał dać za wygraną. 

Screen znaleziony w internecie podpowiada, że to nie tylko moje wspomnienie (prawdziwy obraz z gry).



Wstęp i prolog za nami! 

Później na długie lata w temacie Trespassera była cisza, aż pewnego razu znalazłem to stare demo na stareńkiej, pokrytej pyłem płycie z CDA i - to był cud - gra z 1998 odpaliła na moim laptopie! 

Czym się różni jeden porządny człowiek od drugiego?