sobota, 31 maja 2014

Transcendencja 2014

Wspominkowy tekst w Fantastyce, pobudził do niejednej refleksji o niesłabnącym uroku cyberpunku.

  Akira, Ghost in the Shell, Tron, Kosiarz Umysłów, Hakerzy, RoboCop, Johny Mnemonic, Dziwne Dni i inne...

  ...do tej pory, sumą wszystkich cyberpunkowych doświadczeń jest kultowy i do dziś nieprzebrzmiały Matrix. Nakręcony z nerwem i rozmachem - trzymający za gardło traktat filozoficzny akcji - kto jeszcze tak potrafi? Podobnie jak ostatnio czyniła Transcendencja, bracia Wachowscy rezygnowali z ciskania akcji w przyszłość do neo-metropolii, bez cyberpunków i hologramów na ulicach. Akcja rozgrywa się na naszym podwórku, rzec można, na naszych oczach. To miłe i mądre, bo na stare produkcje z przerostem hologramów i laserów na metr taśmy filmowej patrzy się dziś z lekkim politowaniem. Mimo ich niewątpliwych nierdzewnych walorów profetycznych w warstwie... transcendentalnej.


  




  Pozwoliłem sobie na wiele, zestawiając Matrix i Transcendencję. Niepotrzebnie, przepraszam. Oczywiście oba mają całkiem różną siłę rażenia. Gdzie Rzym, gdzie Krym. Transcendencja kinowym kamieniem milowym niestety nie jest, pewnych rzeczy po prostu nie da się przeskoczyć, ale z pewnością zasłuży sobie na wzmiankę w zestawieniach filmowych cyberprzestrzeni. Natomiast ciekawe, że do roku 1999 wybrańcem i zbawcą cywilizacji, zwykle bywał człowiek. W XXI wieku, to odpowiedzialne brzemię przejmuje maszyna.

  Transcendencja korzysta z wypracowanego przez lata dorobku cyberpunku koncentrując się na modnych po raz znowu koncepcjach transhumanizmu i sztucznej inteligencji, bez szalonych innowacji w temacie, po prostu stara śpiewka w odświeżonej formie. Nawet poczciwy ruch rebeliancki reprezentujący <Naturę>, obecny w każdej tego typu historii, znalazł swoje - dość przewrotne - odzwierciedlenie. Wiadomo, że bez rebelianckiego podziemia, film tego typu nie ma prawa istnieć.

  Dzieło jest reżyserskim debiutem popełnionym przez nadwornego operatora filmów Nolana, żadne więc zdziwienie, że "ładne zdjęcia" to frazes który będzie notorycznie przewijał się w kontekście Transcendencji. Już od pierwszej sceny daje o sobie znać delikatna "inność", gdy możemy popatrzeć sobie na kapiące kropelki wody. To właśnie po stornie wizualnej większość atutów Transcendencji. Nie jest efekciarska - do licha - po prostu przyjemna dla oka.

  Cóż z tego, film i tak zebrał cięgi.  Do kin pognali: 

 
  1. - zwabieni plakatem fani Johnego Deppa,
  2. - gotowi na wszystko fani widowisk bijących rekordy box office,
  3. - wymagający widzowie nęceni tytułem obiecującym intelektualną podorywkę - SF z ambicjami (tak w teorii). 


  Każdy dostanie troszkę z tego, czego szukał, ale wszyscy będą równie rozczarowani.  

 1.- Depp nie zagra po raz kolejny postaci, którą wszyscy kochają. Odgrywa przekonująco rolę safandułowatego nudziarza, ze szczątkowym poczuciem humoru, do tego, przez połowę filmu jest jedynie głosem avatara z ekranu. 
 2.- Kuglarskie sztuczki speców od efektów specjalnych, owszem, występują, ale w bardzo minimalistycznej formie. 
  3.-  Rozważania o transcendencji są, racja, ale niezbyt odkrywcze czy raczej powielające to co kino już miało do powiedzenia w sprawie.

  Atutem miała być obsada, oprócz wspomnianego Johnego - same znakomitości, szkopuł w tym, że wszyscy są zaledwie "estetyczni". Cóż po obecności, powiedzmy,  Cilliana Murphy'ego? Mimo, że to istotna postać, rola ogranicza się do robienia dobrego wrażenia w lotniczych okularach. Kilkukrotnie wysłuchuje Morgana Wszechmogącego, hardo konkluduje czymś w stylu "okej, do roboty!" - zgarnia kurtkę z wieszaka i wychodzi. Morgan Wszechmogący co i rusz poklepuje kogoś po plecach czy to po ramieniu, "wszystko się ułoży", widz może w dramatycznych razach usłyszeć jego pokrzepiający głos z off-u. Chyba tylko Rebecca Hall pozwoliła uwierzyć w swoją postać. Niemniej, wszyscy w kółko robią to samo, film jest czytelny, ale w scenariuszu da się dostrzec tąpnięcie, albo jakby postaci brnęli w smole.

  Dziwną metodę obrali twórcy dla podbicia dramatyzmu. Kilka scen jest sztucznie napompowanych. Jeńcowi wystarczyłoby spętać ręce i przywiązać do krzesła, ale w Transcendencji trafi do wielkiej stalowej klatki przykuty łańcuchami. Próba przekopiowania świadomości Willa do komputera, nie odbywa się w gabinecie laboratorium. Akcja musiała się przenieść do opuszczonego obskurnego zezwłoku dawnej fabryki. Dlaczego więc, folgując konsekwencji, nie utrzymano tendencji wyolbrzymienia? Gdy obdarzony samoświadomością program wypuszczony do sieci, opanowuje wszelką elektronikę, do walki należy wyszykować broń w pełni analogową. Już cieszę się, że z garaży wytoczą się słusznie na zaś kiszone przez lata T-34, ale nie- ludzkość jest w stanie wystawić do walki o suwerenność jeno kilka moździerzy i kolubrynę z czasów wojen punickich. Nie powiem, nieco mi to chrzęściło w zębach.

  Jak widać, powody do kręcenia nosami są, im więcej złej woli, albo suchego wyliczania wpadek -  tym więcej kręcenia.

  Ostatecznie jeżąca włos na głowie klamra spinająca scenariusz z początku i końca, domagała się bardziej satysfakcjonującej historii, jednak całość ogląda się przyjemnie. 





  Dwóch znajomych już oceniło go na 3-10. U jednego uprzejmie protestowałem, ale usunął mój wpis, musiałem go usunąć ze znajomych, bo nie cierpię odrzucenia. Drugiego nie będę niepokoić, bo wiem od dawna, że jest filmowym sadystą, który nawet własną matkę oceniłby na 3, gdyby usłyszał, że wygłasza zbyt deklaratywne dialogi. Sam daję serdeczne 6 i proszę o kolejny film Wallego Pfistera, jest niemal pewne, że będzie zdecydowanie lepszy niż debiut. Obiecuję.
 
PS przeczytałem dziś w empiku recenzję Transcendencji w Fantastyce. Dali 2/6. Raz wielce się zdziwiłem, gdy ocenili nowego Supermana 5/6. Miesięcznik Kino chwali, ale nie zdążyłem spojrzeć, czy reckę pisał Kołodyński, chyba najbardziej kompetentny znawca filmowej SF w okolicy.

kilka uwag o... Noc Oczyszczenia!


 Gdyby tak...

 Umówić się, że ludzie w wigilię bożego narodzenia zmieniają swą postać w pterodaktyle i zamiast składać sobie życzenia, polują razem na małe gryzonie i płazy, po czym ścigają się, kto pierwszy wleci do wulkanu, żeby na samej jego krawędzi zatańczyć taniec mambo.

  Okej, umowa, ale wiecie, tak naprawdę pterodaktyle mają za krótkie nóżki, nawet na afro dance, a co dopiero mambo. Po za tym, na skraju wulkanu pterodaktylom stopiłyby się błony między kończynami i wszystkie powpadałby do lawy. I ten, tak w ogóle, to pterodaktyle nie polują na małe gryzonie, bo wtedy jeszcze nie było ssaków, więc wszystkie były rybożerne. I nie zapominajcie, że to nie możliwe, żeby ludzie zamieniali się w pterodaktyle!



W teorii...
 
  Podobnie w "Nocy Oczyszczenia". Nawarstwiający się stos nonsensów. Umawiamy się między sobą - czas na rozwiązanie, które za jednym zamachem powstrzyma przestępczość i nakręci gospodarkę. Słuchacie? Co roku na jedną noc abrogujemy kodeks karny by w tę oto jedną noc można było bezkarnie mordować, gwałcić, grabić, bić i palić.

  Pobożni i dobrzy ludzie będą więc wydawali krocie $$ na rozbudowane systemy ochronne n.b. działające tylko na papierze,  oczywiście, by zapewnić bezpieczeństwo sobie i bliskim. W tym samym czasie gospodarka kwitnie, napędzana tą eskalacją przygotowań do oblężeń. Gdy nastanie noc oczyszczenia, wzmiankowani wyżej ludzie, będą wyłazić ze swych wspaniałych umocnionych twierdz, aby siać pożogę i śmierć. Ponieważ w gruncie rzeczy nikt nie jest dobry ani pobożny. Ginąć będą głównie bezdomni - skoro zabijemy biedaków, wszyscy będą bogaci! Taki hehe elitaryzm. Na jedną noc zapanuje zwyrodnienie służące kanalizowaniu wezbranej przez rok agresji (same plusy!), by o świcie wrócić do codziennych zajęć.

   Szkoda, że biedni i bezdomni nie będą uciekać i chować się gdzie pieprz rośnie, albo chociażby robić cośkolwiek, zamiast czekać z założonymi rękami, aż do nieszczęsnej nocy oczyszczenia. Choćby na dzień przed nocą oczyszczenia mogliby się przyczaić... (być może zreflektuje się taki dopiero gdy usłyszy syreny a wtedy - olaboga - maczeta w potylicy, tak się, kurka wodna, nie spodziewałem). Ach, może są tak biedni, że nie mają zegarków i kalendarza! Tam do licha! Nie pomyślałem! 


  Ogólnie, ilość bezdomnych tułaczy mogłaby poddać w wątpliwość skuteczność ekonomiczno-zbawczych aspektów czystki, ale nie tutaj, liczy się głównie rozróba i, jak sądzę, promocja miasta. W tym temacie ciekawie mógłby wypowiedzieć się komitet typu "Kraków przeciw igrzyskom".

  Do tego oczywiście pracownicy będą zabijali swoich szefów wymagających wysiadywanie w pracy po godzinach, a uczniowie będą zabijali nauczycielki od chemii - na świecie zapanuje ład i porządek.  A wszystko uporządkuje 0-1 system, przy którym kodeks Hammurabiego to pacyfistyczna igraszka. Nawet najdrobniejsze narażenie się sąsiadowi grozi śmiercią w męczarniach gdy tylko nastanie... noc oczyszczenia! Osią fabuły jest zemsta rozjuszonej ciżby na smutasach odpowiedzialnych za produkcję  i sprzedaż domowych systemów ochronnych. Dorzuciłbym do tej listy autorów tych patologicznych czystek.

W praktyce...

  Och. Tak kochanie, Zoey, nasza dorastająca zbuntowana córka, obraziła się za to, że zastrzeliłeś jej chłopca, z wrzaskiem uciekła płakać do swoiego pokoju. Tak, tak, kochanie, pamiętam że po domu kręci się uzbrojony agresywny morderca, który również i nam, chce poderżnąć gardła, ale przecież nie mogłam jej zatrzymać, wiesz jakie są te zbuntowane nastolatki. Ach! Oczywiście że pamiętam, mamy też jedenastoletniego synka! Kazałam mu odrobić lekcje i wyrzucić śmieci. Na pewno nic mu nie grozi, zbyt bardzo go kocham i jestem taką dobrą matką. Taś, taś uzbrojony i agresywny morderco.

wycięte sceny:
scena 1.

  - Cześć Steve! Co u Ciebie? Jak tam dzieciaki?
  - E, Joffre połamał obie nogi, a Twój syn wypalił Susan oczy kwasem.
  - Tak... co za noc! Ciekawe co nas czeka za rok. Pamiętasz o jutrzejszym brydżu?

scena 2.

   - Och, oglądałem Mechaniczną Pomarańczę i Jokera z Mrocznego Rycerza, więc siłą naśladownictwa nadaję się na głównego antagonistę i wiem jak się z Tobą zabawić... psychoooologicznie...
   - Och, tak, ale napędziłeś mi stracha, używaj sobie, ale teraz pozwól, skoro nie mam mózgu, to może poszukam swoich jaj i znajdę je dopiero pod koniec filmu. Ups! Wybacz, a to ci heca! Chyba akurat używa ich moja zona, ona grała w sędziu Dreddzie bezlitosną boss gangu, więc na Twoim miejscu założyłbym pieluchę.

epilog.

  Po krótkim namyśle - kontrowersje jakie wywołali autorzy świadczą, że jako paszkwil na szerzący się w USA militaryzm (a u nas korwinizm) - film spełnia swe zadania. Widać to zwłaszcza w sequelu, który jest filmem nieco lepszym (chociaż przeciętnym) a szydercze szpile kłują bardziej. 



Czym się różni jeden porządny człowiek od drugiego?