niedziela, 13 lipca 2014

Ewolucja Planety Małp


  O blockbusterach miałem nie pisać, bo to nie wypada, ale wystarczy rzucić okiem na ten genialny plakat i od razu każdy pojmie szlachetne pobudki jakie mną kierowały.

  Zwykle każdy pierwszoligowy tytuł ma jakieś nieszablonowe plakaty, przykuwające uwagę, rodzące refleksję i pobudzające ciekawość. Zazwyczaj widziane tylko oczami fanów, bo miasta i kina obklejone są zupełnie standardowymi wariantami, podczas gdy perełki są dostępne "dla ciekawskich" w odmętach materiałów promocyjnych w necie. A tu coś takiego... cały Poznań obwieszony różnego formatu plakatami małpy dosiadającej konia. Majstersztyk. Od razu widać, że autorzy nie w ciemię bici, łeb mieli na swoim miejscu. I co niesłychane - sam film dorównał plakatowi, doprawdy, wizyty w multipleksie nie przyzwyczaiły mnie do takiej satysfakcji. Niegłupie, z przesłaniem dla swoich czasów z małpami które nominowałbym do Oscara.

  Ewolucja nie tylko dorównuje Genezie, więcej - EWOLUUJE - sprawia, że czekam na 2016, który przyniesie finał trylogii, bardzo niecierpliwie.

  Całe to zamieszanie z małpami nakłoniło mnie do odświeżenia oryginału z 1968. Zdecydowanie warto, choćby dla załapania klimatu przed nową trylogią. Na ich tle bardzo niezręcznie kuli się w kącie reamake Burtona, o którym dziś, chyba słusznie, już nikt nie pamięta.






  Na joemnster filmik "W Korei Pół. już znają wynik mundialu", na filmiku prezenterka koreańskich wiadomości opowiada rzekomo o spektakularnym zwycięstwie rodaków etc.

komentarze: 

Naewt TVN takiej manipulacji nie potrafi zrobić.

TVN działa wg takiego samego schematu ;)

i wisienka: 

"I dlatego nie polecam oglądania TV która pierze wasze mózgi i mydli oczy kontrolowanymi wiadomościami coś tam powie a wy wierzycie w jej każde usłyszane słowo...."

   Typowe janusze przejrzeli system, myślą całkiem samodzielnie a cały filmik okazał się blagą, pic-na-wodę-fotomontaż. Kto tu u licha wierzy w każde usłyszane słowo? E. Kiedyś to nawet bym uwierzył, że ludzie gadają takie pierdoły dla żartu. 

środa, 9 lipca 2014

Under the skin / Machine



2013 to był całkiem niezły rok dla sci-fi.

(O Her i UC już była mowa, na dwa inne przyjdzie czas. Póki co - Under The Skin i Machine)

Jaki motyw oba filmy ściśle łączy, staje się jasne w zasadzie od początku, nie ma co się rozwodzić na ten temat. 

Należy jednak postawić sprawę jasno. Różnice między tymi filmami są kolosalne. Borys Strugacki napisał, ja to kulawo powtórzę, że jajko to jajko, niezmienne, jak się uprzeć to co najwyżej można znieść takie samo, gdyby - jak pisał - zrobić z jajka jajecznicę czy wbić do szklanki, to już nie to samo jajko a zupełnie inny gatunek. Tak jest tutaj, jajko to sci-fi, z tym, że pierwsze to jajecznica - (za filmwebem) bełkot stworzonym dla pseudointelektualistów, by mieli się czym jarać i zarzucać innym "niezrozumienie", drugie zaś ugotowane na miękko - kino akcji, wiernie wskrzeszające cyberpunkowego ducha lat '80... 

Dwie godziny spędzone ze Scarlett Johansson są prawdziwą (audio)wizualną, hipnotyczną ucztą. Po olśniewającym Her, tym razem miała okazję zagrać całym ciałem, dość odważnie, należy nadmienić. Niestety, film uczy, że należy wracać szybko do domu i nie ufać nikomu, bo nawet Scarlett Johansson może nie być tą, za którą się podaje.

Machine też ma swoją moc hipnotyzowania, chociaż nie opierajcie się wrażeniu, że wymieniona tu nieco na doczepkę,  tak czy siak, klimat przesącza się przez ekran i kapie na podłogę, zewsząd dobiegają echa kultowych SF.  Daje radę.

No i co, no i tyle, mało, cóż poradzić. Polecam Under the skin. Oczywiście jeśli, tak jak ja, jarasz się pseudointelektualnym bełkotem. 

wtorek, 8 lipca 2014

Robot & Frank / I'm Here feat. Puzzlehead


No proszę. Jak miło. 

Dwa filmy, celem ucieszenia serca i duszy, bo takie właśnie są sympatyczne. Bo czego innego spodziewać się po filmach o robotach w kształtach których pięciolatek lepiej by nie wymyślił. 

Czaru niech doda fakt, że I'm Here ma tego samego ojca co Her. Aha, i trwa raptem pół godzinki. Przyjemna muzyka dopełnia rozkoszy.

Robot & Frank, lekki film, że można się uśmiechnąć, nie obciążając przy tym wątroby ani innych ważnych organów. Nawet nie tylko uśmiechnąć, ale i wzruszyć. Rzecz o siwiejącym staruszku który od troskliwego syna otrzymał Robota (gosposia, stróż i rehabilitant w jednym). Taki substytut domu starców. Stetryczałego i, mówiąc oględnie, sceptycznego staruszka oraz tępawego robocika połączy przyjacielska więź. Mimo, że oboje woleli tego uniknąć. Chociaż film miał sporo ambicji, należy o nich nie myśleć, bo bez tego obciążenia bardziej mu do twarzy. Komedia kryminalna.


Jeżeli jednak uśmiech i optymizm są poniżej czyjejś godności, przy jednoczesnej uporczywej, nie znajdującej ujścia chęci na roboty, polecam Puzzlehead. Spokojnie, przez cały film nikt się nie uśmiechnie. Zupełnie inny kaliber, chociaż schemat zdawałby się podobny. Perałka w obskurnym świecie ponurych dystopii.


Sleep Dealer / Trzy Dni


Nie czuję się na siłach... żeby choćby kilka lichych słów o moich ulubionych filmach sci-fi... no napisz, mówię sobie, miej z głowy i cześć. Nic z tego, wciąż hasam po jakichś antypodach, a mówię to z informacją wprost zza kulis, że następny w kolejce już opisany Robot & Frank / I'm Here. 
Dziś już zupełnie z Końca Świata. Meksyk i Hiszpania. Oba wyświetlane w ramach festiwalu Berlinale, automatycznie powinno sugerować, że to nie jakieś tam sobie zwykłe sci-fi dla nerdów. Bo takie na czcigodny festiwal wstępu, dziękować Bogu, nie mają. Znaczy to dobitnie, że będzie silnie zaznaczony wątek obyczajowy, polityczny i etniczny. Cóż. Tak właśnie jest.

Sleep Dealer wywrzaskuje jednym tchem problem biedy, inflacji, emigracji, korporacji, wyzysku, inwigilacji, hakerstwa, kreowania rzeczywistości przez media i w końcu - interwencjonizmu USA i okrucieństw dokonujących się pod płaszczykiem niesionej demokracji. Do tego osobisty dramat głównego bohatera i rozwój uczucia między nim a niespełnioną poetką. Równolegle do niego, swą historię przeżywa pilot bombowca, a jakże, targany wyrzutami sumienia. Całość wieńczy Happy End uczczony feerią wybuchów. Wiele jak na jeden seans, nieprawdaż? Dlatego przykro się robi, że jedyne co udało się twórcom udowodnić, to pewien smutny fakt - do zrobienia ambitnego filmu sci-fi nie wystarczy tylko brak pieniędzy i dobre chęci.
O rany, czasem twórcy nie mając funduszy, potrafią wyczarować taką wizualną ucztę, że patrzy się w osłupieniu i z podziwem. Jednak gdy się tej magii nie opanuje - odpuść! - efekt będzie przerażająco zły. Jest tyle świetnego sci-fi bez choćby skraweczka efektów i wychodzi to z korzyścią dla treści. A wybuchy i roboty, zwłaszcza te zrobione w paincie, ogląda się z zażenowaniem. No, ale to najmniej ważne, nieudolna animacja komputerowa to tylko taki niuans. Fatalny jest ograny do granic możliwości scenariusz z niesłychanie tandetnym, pęczniejącym od absurdów, sztafażem sci-fi. 
Dość.

Co innego 3Dias, ten coś w sobie ma, bez dwóch zdań. Mógłbym o nim powiedzieć w ramach Melancholii i Drugiej Ziemi. Podobny motyw zagrożenia, tym razem ze strony pędzącej ku nam, a jakże!, niepowstrzymanej asteroidy. Ludzie generalnie szaleją, bo wiadomo już, koniec nieuchronny i rychły. Główny bohater - najbardziej posępny gość jakiego kojarzę - korzystając z niedoinformowania małych siostrzeńców, w kwestii groźby zagłady, zabiera ich na wieś. Tam będzie dziatwę chronić przed wieścią o zbliżającej się katastrofie, Byle w spokoju i pokoju. Jest bardzo psychologicznie i obyczajowo. Do momentu w którym okazuje się, że nawet w takich okolicznościach... że taka Asteroida to nic, w porównaniu do tego, do czego zdolny jest człowiek.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Cosmopolis / Altas Zbuntowany


Gdybym mógł wymazać z pamięci jeden jedyny film, bez wahania wybrałbym Cosmopolis. Jak wspaniale byłoby, móc cieszyć się oglądaniem go po raz pierwszy, jeszcze raz. 

Dzieło Cronenberga, reklamowane jako Pierwszy Film o Nowym Tysiącleciu, doczekało się miażdżącej krytyki i bodaj najbardziej niesłusznie zaniżonej średniej na filmweb. 

Miastem wstrząsają rewolucyjne zamieszki a zblazowany miliarder poleca szoferowi zabrać się do fryzjera po drugiej stronie miasta. Miliarder ma dwadzieścia kilka lat, widział już wszystko i zdążyło mu już to "wszystko" zbrzydnąć. Fabuła jest tu rozmyta, bohaterowie głoszą długie tyrady i rozbudowane monologi, wydarzenia dzieją się nieumotywowanie i po za wszelką kontrolą.

Konstrukcję filmu mógłbym porównać, mając na myśli również potężny wymiar metaforyczny obu filmów, do Czasu Apokalipsy. Zamiast dżungli jest metropolia, zamiast łódki - limuzyna. Idąc dalej śladem analogii, za kapitana Willarda w łódce, dostajemy młodego miliardera w limuzynie. Obsadzenie tej postaci Pattinsonem potęguje wszystko, co autor chciał za jej pomocą przekazać. Strzał w dziesiątkę. Odpowiedź na pytanie któż taki czeka, w tej mojej obrazoburczej porównywance, u kresu podróży na Pattinsona zamiast Pułkownika Kurtza, zostawię dla siebie. Nie będę psuć zabawy.  

Inną ciekawą rozprawą z jarzmem i mechanizmami kapitalizmu jest Atlas Zbuntowany. W nieco zarchaizowanej (wszak to ekranizacja powieści z lat '60) przyszłości 2016 roku, ludzkość dotknięta potężnym kryzysem gospodarczym, oprócz postępującej nędzy i bezrobocia, zmagać się musi ze skorumpowaną i niekompetentną władzą, nieuczciwymi monopolistami oraz z hamującym rozwój środowiskiem naukowym będącym pod naciskiem bezpieki. Uczciwi budowniczowie lepszego jutra mają związane ręce. Na domiar wszystkiego, tajemnicza organizacja, werbująca najwybitniejszych przedstawicieli różnych dziedzin, pozostawia ten świat, planując tworzyć nową Utopię - genialne jednostki nieobarczone żadnymi hamulcami zgotują nam raj na ziemi, a może prawdziwe piekło? Tak czy siak mają do tego naturalne prawo - są w końcu genialni. Prawda? 

sobota, 5 lipca 2014

Her / Antiviral


  Fantastyka jaką lubimy. Nawet nie w przyszłości, bo to być może już, albo tuż za progiem. Fantastyka oglądana oczami głównego bohatera szaraka, bez wglądu w skalę makro, pozostaje ona co najwyżej za oknem, na ekranie tv w domu bohatera... no i oczywiście w niezawodnym domyśle widza. Świat jaki znamy, ale pod wpływem jakiegoś nowego zjawiska, wynalazku czy nowej mody, rzucających wyzwanie współczesnemu humanizmowi.

  O Her, raczej wszyscy słyszeli - nie trzeba sobie przedstawiać, wspaniały film, utopia spełniona. Jeden z nielicznych przedstawicieli gatunku folgujący optymistyczną wizję jutra.

  Antiviral, autorstwa Cronenberga-juniora, dodaje nieco mniej otuchy. Sądziło się, kiedyś, że w wieku XXI człowiek bez wątpienia sięgnie gwiazd. Owszem, ale coś poszło nie tak. Pospolity zjadacz chleba śledzi gwiazdy w internecie i tv. Celebryci otoczeni kuriozalnym kultem, bożyszcze piszczących nastolatek, znamy to dobrze. Coraz głupsze talk i reality show nie zwiastują poprawy. Będzie jeszcze gorzej. Strachem napawały mnie wieści o cenach jakie osiągają na aukcjach odpadki różnych znanych osobistości. Niedługo najwierniejsze fanki będą w stanie opłacić dobrowolne poddanie chorobie zakaźnej, którą wcześniej zaraził się ich idol... I tu zaczyna się Antiviral.

   Her jest słodkim melodramatem. Antiviral zaś - na drugą nóżkę - obrzydliwym aktem masochizmu, ot, filmem grozy. Skrajne to zestawienie, ale cóż poradzić, skoro wspólnie opowiadają o tym, jak to człowiek potrafi na różne sposoby wypełnić pustkę samotności i poczucia braku celu. Oczywiście Her jest przede wszystkim melodramatem a Antiviral horrorem, ale komentarze społeczne są nienachalne i aktualne a taką właśnie fantastykę lubimy. 


piątek, 4 lipca 2014

Another Earth / Melancholia


Dwa bardzo podobne filmy. Oczywiście różnią się nieco okoliczności, ale tak czy siak, jeden zdaje się być alternatywną wersją drugiego (oba z 2011). Dwie bohaterki z  mniej więcej tą samą sprawą do świata. Motyw sci-fi sprowadzony do rangi symbolu, ot, pretekst do opowiedzenia o życiu i takich tam. Stąd nie dziwi zupełne zlekceważenie praw fizyki i choć to bolesne, trzeba z tym żyć i oglądać dalej. Cóż mogę powiedzieć. Egzystencjalny ból wylewa się z ekranu, rozdarciu bohaterek towarzyszy samo niebo, które dosłownie wali się na głowy. No, nie lubię tych filmów i tych kobiet, ale grzech nie wspomnieć o ich istnieniu. Warto spróbować, chociażby dla samej subtelności i wysmakowania wizualnego. No i wydaje mi się, że każdy z ich filozoficznej głębi zdrapie coś dla siebie.

Nie lubię, już mówiłem, ale coś w nich jest takiego, że ma się ciarki na plecach.

Dobranoc!

ASTRONAUT: Last Push / Last days on MARS




Cała nędza filmowej sci-fi polega na sztucznym ubarwianiu rzeczywistości. Podróż kosmiczna dostarcza, jak mniemam, wystarczająco wielu wyzwań, przygód i olśnień. - Nic to jednak! - mówi sobie producent - Czerwono-zielony wschód Jowisza i Słońca, wyzierającegy znad ostrej czerniejącej grani skał, na powierzchni lodowej Amaltei, widziany oczami kompetentnych astronautów... to perspektywa zbyt błaha i powszednia, potrzeba czegoś więcej!
  Lepiej po swojemu. Lepiej dać prztyczka w nos logice! Lepiej dodać do skryptu jakieś mackowate monstrum, jak w ER, albo, trzymajcie mnie!... zombiaki... jak na Ostatnim dniu na Marsie. Cała ta głupota jest widać zaraźliwa, bo nagminnie cierpią na nią kosmonauci, wysyłani w takie kosmiczne wojaże. Ma się wrażenie, że w kosmos wysyłani zostali ludzie, którzy błędnie pokierowani, zamiast do poradni zdrowia psychicznego, trafili właśnie do NASA. Cóż, zdarza się. Nad wyraz często, jak każe mi przypuszczać statystyka obejrzanych sci-fi, w jakichś 90 procentach.

W sukurs mej męce wyszli twórcy Astronauty, w którym główną treścią jest sama podróż (jakżeby inaczej - ostatnia), a najważniejszym wyzwaniem jest przetrwanie na warunkach kosmosu. Film ascetyczny i oszczędny w treść, ale można go oglądać bez bólu, w oczekiwaniu na mniej lub bardziej przewrotny finał z morałem. Kameralność jest tu, co prawda, pewną wadą. Jednak, wielkie nieba!, lepsze to niż zżymać się na głupotę kosmonautów z Hollywood i na ich głupie przygody.  

Krokiem w dobrą stronę była też Grawitacja. Mam nadzieję, że tendencja się utrzyma. W grawitacji było co prawda mnóstwo gwiazdorzenia (jak to w kosmosie), ale w końcu KOSMOS został należycie wyeksponowany... a nie, użyty wyłącznie jako tło dla, trzymajcie mnie, zombiaków...



Ps. Najlepszy kosmos to i tak Apollo13 (arcydzieła Kubricka nie liczę).
Ps2. Z tymi zombiakami to też tak nie do końca, film daje radę, bo miał potencjał.



Żeby ukazać tendencję plakatową, znaczy się smutny kosmonauta na tle niebieskiego i  pomarańczy, dodają poster filmu który jest tak zły, że więcej o nim ani słowa.

Monsters / Istota




Dziwne istoty i insze monstra.

Oba filmy zbierają wśród widowni oceny nad wyraz skrajne.


Siłą Monsters jest atmosfera. Budowana dzięki niekanonicznemu dla gatunku (czyt. mało wybuchów i drętwych one-linerów) przedstawieniu świata i bohaterów borykających się ze skutkami inwazji. Czy pojawienie się monstrów sprawi, że życie mieszkańców biedujących wiosek i miasteczek ameryki południowej stanie się w znaczącym stopniu gorsze czy lepsze, że ich zwyczajne troski stracą na znaczeniu? Czy pacyfistycznie nastawiony młody fotograf porzuci aparat i pokona über-herszta Obcych, w pojedynku na pięści? Czy jego towarzyszka, piękna urodą dziewczyny z sąsiedztwa, popisze się nagłą, z powietrza wziętą biegłością we władaniu bronią białą i palną? Nie, nie, nie! Nowe monstra nie straszniejsze od samego człowieka, wciąż zdolnego do każdej podłości, wpasują się obcy w krajobraz i zechcą jak człowiek - żyć. Wszystkiego dopełniają zgrabne wątki romantyczne (łącznie dwa:).

Inne środki zastosowano w Istocie, tutaj wszystko jest groteskowe i przerysowane. Film zrobiony bez nadęcia, bez zahamowań - na luzie. Nawet laboratoryjny kitel zrywa tu ze sztampą gdy odtwórca głównej roli Adrien "Pianista" Brody, naszywa nań pagony i naszywki rockowych kapel. Należy więc, jak ów kitel, odpuścić na półtorej godzinki powagę i można oglądać: Tytułowa Istota to efekt eksperymentu przeprowadzanego nieoficjalnie i w antraktach realizacji dużego projektu zleconego przez (upiornie złą i pozbawioną skrupułów) korporację - rozchodzi się o wyhodowanie czegoś na kształt żywych i reprodukujących się worów mięsa, które zastąpią zwyczajne bydło. Oficjalna wersja eksperymentu napotyka trudności a jej nieoficjalna wersja... wymyka się z pod kontroli. Oczywiście zabawy z genetyką w filmie sci-fi zawsze kończą się sporą aferą. Wszystkiego dopełnią zgrabne wątki romantyczne (łącznie dwa :). Film kontrowersyjny. Na tyle kontrowersyjny, że bardzo długo zwlekałem z seansem, którego później nie żałowałem w ogóle. 


Primer / Upstream Color




Nowość! 

Będę dodawał po dwa plakaty filmów sci-fi. Najbardziej chciałbym, żebyście dobrze pojęli moje intencje. Oto wyjaśnienie: cała inicjatywa polega na przedstawieniu plakatów, bardzo mi się podobają. W kwestii tekstu, postawię na skrajną prostotę i brak jakiejkolwiek ambicji, nic nowego. 
 Nie pytajcie więc dlaczego i jaki ma to sens, że w człowieku tkwi chęć. A chęci są na te mniej głośne niż należałoby oczekiwać.

Na pierwszy ogień Primer (2004) i Upstream Color (2013). 
Czemu te dwa razem?

    Za reżyserię, scenariusz, montaż, zdjęcia, muzykę, scenografię i odtwórstwo głównych ról odpowiada Shane Carruth. Już samo to budzi podziw. Tego jednak jeszcze mało, bo jego dzieła zaliczają się do wąskiego grona  najbardziej zamotanych a jednocześnie logicznych fabuł w sci-fi. Możecie sobie śmiało oglądać kilka razy, wciąż z poczuciem, że już prawie załapaliście. Prawie.

   Łączy i różni je wszystko. Ilość wzajemnych podobieństw równoważy tylko ilość różnic. Pierwszy, bryluje rzeczową kompetencją i fachowością, dosłownie i wprost wykłada fizykę. Drugi, popisuje się niebywałą ekwilibrystyką formalną: kadry, ujęcia, muzyka, scenografie, spokojnie można porzucić śledzenie treści i odnajdować satysfakcję w samej tylko formie (zwłaszcza mnie łatwo kupić głębią ostrości). 

   Primer bierze na tapetę podróże w czasie. To nie będą jednak te standardowe niefrasobliwe wycieczki rodem z blockbusterowej poetyki zabili go i uciekł. Rzecz potraktowano serio i efekty są tak samo paradoksalne jak w teorii.  

    Upstream - cytując filmweb - film który "nie ma jeszcze zarysu fabuły" i raczej długo tak pozostanie, na horyzoncie nie widać kompetentnych śmiałków gotowych rozwikłać zagadkę. Powiedzmy... rzecz o świadomości... próba odnalezienia człowieka w ssaku? Konieczny ponowny seans.

Prosto podsumowując, ascetyczny Primer jest prymusem w treści a wystawny Upstream w formie.

Czym się różni jeden porządny człowiek od drugiego?