poniedziałek, 7 lipca 2014

Cosmopolis / Altas Zbuntowany


Gdybym mógł wymazać z pamięci jeden jedyny film, bez wahania wybrałbym Cosmopolis. Jak wspaniale byłoby, móc cieszyć się oglądaniem go po raz pierwszy, jeszcze raz. 

Dzieło Cronenberga, reklamowane jako Pierwszy Film o Nowym Tysiącleciu, doczekało się miażdżącej krytyki i bodaj najbardziej niesłusznie zaniżonej średniej na filmweb. 

Miastem wstrząsają rewolucyjne zamieszki a zblazowany miliarder poleca szoferowi zabrać się do fryzjera po drugiej stronie miasta. Miliarder ma dwadzieścia kilka lat, widział już wszystko i zdążyło mu już to "wszystko" zbrzydnąć. Fabuła jest tu rozmyta, bohaterowie głoszą długie tyrady i rozbudowane monologi, wydarzenia dzieją się nieumotywowanie i po za wszelką kontrolą.

Konstrukcję filmu mógłbym porównać, mając na myśli również potężny wymiar metaforyczny obu filmów, do Czasu Apokalipsy. Zamiast dżungli jest metropolia, zamiast łódki - limuzyna. Idąc dalej śladem analogii, za kapitana Willarda w łódce, dostajemy młodego miliardera w limuzynie. Obsadzenie tej postaci Pattinsonem potęguje wszystko, co autor chciał za jej pomocą przekazać. Strzał w dziesiątkę. Odpowiedź na pytanie któż taki czeka, w tej mojej obrazoburczej porównywance, u kresu podróży na Pattinsona zamiast Pułkownika Kurtza, zostawię dla siebie. Nie będę psuć zabawy.  

Inną ciekawą rozprawą z jarzmem i mechanizmami kapitalizmu jest Atlas Zbuntowany. W nieco zarchaizowanej (wszak to ekranizacja powieści z lat '60) przyszłości 2016 roku, ludzkość dotknięta potężnym kryzysem gospodarczym, oprócz postępującej nędzy i bezrobocia, zmagać się musi ze skorumpowaną i niekompetentną władzą, nieuczciwymi monopolistami oraz z hamującym rozwój środowiskiem naukowym będącym pod naciskiem bezpieki. Uczciwi budowniczowie lepszego jutra mają związane ręce. Na domiar wszystkiego, tajemnicza organizacja, werbująca najwybitniejszych przedstawicieli różnych dziedzin, pozostawia ten świat, planując tworzyć nową Utopię - genialne jednostki nieobarczone żadnymi hamulcami zgotują nam raj na ziemi, a może prawdziwe piekło? Tak czy siak mają do tego naturalne prawo - są w końcu genialni. Prawda? 

sobota, 5 lipca 2014

Her / Antiviral


  Fantastyka jaką lubimy. Nawet nie w przyszłości, bo to być może już, albo tuż za progiem. Fantastyka oglądana oczami głównego bohatera szaraka, bez wglądu w skalę makro, pozostaje ona co najwyżej za oknem, na ekranie tv w domu bohatera... no i oczywiście w niezawodnym domyśle widza. Świat jaki znamy, ale pod wpływem jakiegoś nowego zjawiska, wynalazku czy nowej mody, rzucających wyzwanie współczesnemu humanizmowi.

  O Her, raczej wszyscy słyszeli - nie trzeba sobie przedstawiać, wspaniały film, utopia spełniona. Jeden z nielicznych przedstawicieli gatunku folgujący optymistyczną wizję jutra.

  Antiviral, autorstwa Cronenberga-juniora, dodaje nieco mniej otuchy. Sądziło się, kiedyś, że w wieku XXI człowiek bez wątpienia sięgnie gwiazd. Owszem, ale coś poszło nie tak. Pospolity zjadacz chleba śledzi gwiazdy w internecie i tv. Celebryci otoczeni kuriozalnym kultem, bożyszcze piszczących nastolatek, znamy to dobrze. Coraz głupsze talk i reality show nie zwiastują poprawy. Będzie jeszcze gorzej. Strachem napawały mnie wieści o cenach jakie osiągają na aukcjach odpadki różnych znanych osobistości. Niedługo najwierniejsze fanki będą w stanie opłacić dobrowolne poddanie chorobie zakaźnej, którą wcześniej zaraził się ich idol... I tu zaczyna się Antiviral.

   Her jest słodkim melodramatem. Antiviral zaś - na drugą nóżkę - obrzydliwym aktem masochizmu, ot, filmem grozy. Skrajne to zestawienie, ale cóż poradzić, skoro wspólnie opowiadają o tym, jak to człowiek potrafi na różne sposoby wypełnić pustkę samotności i poczucia braku celu. Oczywiście Her jest przede wszystkim melodramatem a Antiviral horrorem, ale komentarze społeczne są nienachalne i aktualne a taką właśnie fantastykę lubimy. 


piątek, 4 lipca 2014

Another Earth / Melancholia


Dwa bardzo podobne filmy. Oczywiście różnią się nieco okoliczności, ale tak czy siak, jeden zdaje się być alternatywną wersją drugiego (oba z 2011). Dwie bohaterki z  mniej więcej tą samą sprawą do świata. Motyw sci-fi sprowadzony do rangi symbolu, ot, pretekst do opowiedzenia o życiu i takich tam. Stąd nie dziwi zupełne zlekceważenie praw fizyki i choć to bolesne, trzeba z tym żyć i oglądać dalej. Cóż mogę powiedzieć. Egzystencjalny ból wylewa się z ekranu, rozdarciu bohaterek towarzyszy samo niebo, które dosłownie wali się na głowy. No, nie lubię tych filmów i tych kobiet, ale grzech nie wspomnieć o ich istnieniu. Warto spróbować, chociażby dla samej subtelności i wysmakowania wizualnego. No i wydaje mi się, że każdy z ich filozoficznej głębi zdrapie coś dla siebie.

Nie lubię, już mówiłem, ale coś w nich jest takiego, że ma się ciarki na plecach.

Dobranoc!

ASTRONAUT: Last Push / Last days on MARS




Cała nędza filmowej sci-fi polega na sztucznym ubarwianiu rzeczywistości. Podróż kosmiczna dostarcza, jak mniemam, wystarczająco wielu wyzwań, przygód i olśnień. - Nic to jednak! - mówi sobie producent - Czerwono-zielony wschód Jowisza i Słońca, wyzierającegy znad ostrej czerniejącej grani skał, na powierzchni lodowej Amaltei, widziany oczami kompetentnych astronautów... to perspektywa zbyt błaha i powszednia, potrzeba czegoś więcej!
  Lepiej po swojemu. Lepiej dać prztyczka w nos logice! Lepiej dodać do skryptu jakieś mackowate monstrum, jak w ER, albo, trzymajcie mnie!... zombiaki... jak na Ostatnim dniu na Marsie. Cała ta głupota jest widać zaraźliwa, bo nagminnie cierpią na nią kosmonauci, wysyłani w takie kosmiczne wojaże. Ma się wrażenie, że w kosmos wysyłani zostali ludzie, którzy błędnie pokierowani, zamiast do poradni zdrowia psychicznego, trafili właśnie do NASA. Cóż, zdarza się. Nad wyraz często, jak każe mi przypuszczać statystyka obejrzanych sci-fi, w jakichś 90 procentach.

W sukurs mej męce wyszli twórcy Astronauty, w którym główną treścią jest sama podróż (jakżeby inaczej - ostatnia), a najważniejszym wyzwaniem jest przetrwanie na warunkach kosmosu. Film ascetyczny i oszczędny w treść, ale można go oglądać bez bólu, w oczekiwaniu na mniej lub bardziej przewrotny finał z morałem. Kameralność jest tu, co prawda, pewną wadą. Jednak, wielkie nieba!, lepsze to niż zżymać się na głupotę kosmonautów z Hollywood i na ich głupie przygody.  

Krokiem w dobrą stronę była też Grawitacja. Mam nadzieję, że tendencja się utrzyma. W grawitacji było co prawda mnóstwo gwiazdorzenia (jak to w kosmosie), ale w końcu KOSMOS został należycie wyeksponowany... a nie, użyty wyłącznie jako tło dla, trzymajcie mnie, zombiaków...



Ps. Najlepszy kosmos to i tak Apollo13 (arcydzieła Kubricka nie liczę).
Ps2. Z tymi zombiakami to też tak nie do końca, film daje radę, bo miał potencjał.



Żeby ukazać tendencję plakatową, znaczy się smutny kosmonauta na tle niebieskiego i  pomarańczy, dodają poster filmu który jest tak zły, że więcej o nim ani słowa.

Monsters / Istota




Dziwne istoty i insze monstra.

Oba filmy zbierają wśród widowni oceny nad wyraz skrajne.


Siłą Monsters jest atmosfera. Budowana dzięki niekanonicznemu dla gatunku (czyt. mało wybuchów i drętwych one-linerów) przedstawieniu świata i bohaterów borykających się ze skutkami inwazji. Czy pojawienie się monstrów sprawi, że życie mieszkańców biedujących wiosek i miasteczek ameryki południowej stanie się w znaczącym stopniu gorsze czy lepsze, że ich zwyczajne troski stracą na znaczeniu? Czy pacyfistycznie nastawiony młody fotograf porzuci aparat i pokona über-herszta Obcych, w pojedynku na pięści? Czy jego towarzyszka, piękna urodą dziewczyny z sąsiedztwa, popisze się nagłą, z powietrza wziętą biegłością we władaniu bronią białą i palną? Nie, nie, nie! Nowe monstra nie straszniejsze od samego człowieka, wciąż zdolnego do każdej podłości, wpasują się obcy w krajobraz i zechcą jak człowiek - żyć. Wszystkiego dopełniają zgrabne wątki romantyczne (łącznie dwa:).

Inne środki zastosowano w Istocie, tutaj wszystko jest groteskowe i przerysowane. Film zrobiony bez nadęcia, bez zahamowań - na luzie. Nawet laboratoryjny kitel zrywa tu ze sztampą gdy odtwórca głównej roli Adrien "Pianista" Brody, naszywa nań pagony i naszywki rockowych kapel. Należy więc, jak ów kitel, odpuścić na półtorej godzinki powagę i można oglądać: Tytułowa Istota to efekt eksperymentu przeprowadzanego nieoficjalnie i w antraktach realizacji dużego projektu zleconego przez (upiornie złą i pozbawioną skrupułów) korporację - rozchodzi się o wyhodowanie czegoś na kształt żywych i reprodukujących się worów mięsa, które zastąpią zwyczajne bydło. Oficjalna wersja eksperymentu napotyka trudności a jej nieoficjalna wersja... wymyka się z pod kontroli. Oczywiście zabawy z genetyką w filmie sci-fi zawsze kończą się sporą aferą. Wszystkiego dopełnią zgrabne wątki romantyczne (łącznie dwa :). Film kontrowersyjny. Na tyle kontrowersyjny, że bardzo długo zwlekałem z seansem, którego później nie żałowałem w ogóle. 


Primer / Upstream Color




Nowość! 

Będę dodawał po dwa plakaty filmów sci-fi. Najbardziej chciałbym, żebyście dobrze pojęli moje intencje. Oto wyjaśnienie: cała inicjatywa polega na przedstawieniu plakatów, bardzo mi się podobają. W kwestii tekstu, postawię na skrajną prostotę i brak jakiejkolwiek ambicji, nic nowego. 
 Nie pytajcie więc dlaczego i jaki ma to sens, że w człowieku tkwi chęć. A chęci są na te mniej głośne niż należałoby oczekiwać.

Na pierwszy ogień Primer (2004) i Upstream Color (2013). 
Czemu te dwa razem?

    Za reżyserię, scenariusz, montaż, zdjęcia, muzykę, scenografię i odtwórstwo głównych ról odpowiada Shane Carruth. Już samo to budzi podziw. Tego jednak jeszcze mało, bo jego dzieła zaliczają się do wąskiego grona  najbardziej zamotanych a jednocześnie logicznych fabuł w sci-fi. Możecie sobie śmiało oglądać kilka razy, wciąż z poczuciem, że już prawie załapaliście. Prawie.

   Łączy i różni je wszystko. Ilość wzajemnych podobieństw równoważy tylko ilość różnic. Pierwszy, bryluje rzeczową kompetencją i fachowością, dosłownie i wprost wykłada fizykę. Drugi, popisuje się niebywałą ekwilibrystyką formalną: kadry, ujęcia, muzyka, scenografie, spokojnie można porzucić śledzenie treści i odnajdować satysfakcję w samej tylko formie (zwłaszcza mnie łatwo kupić głębią ostrości). 

   Primer bierze na tapetę podróże w czasie. To nie będą jednak te standardowe niefrasobliwe wycieczki rodem z blockbusterowej poetyki zabili go i uciekł. Rzecz potraktowano serio i efekty są tak samo paradoksalne jak w teorii.  

    Upstream - cytując filmweb - film który "nie ma jeszcze zarysu fabuły" i raczej długo tak pozostanie, na horyzoncie nie widać kompetentnych śmiałków gotowych rozwikłać zagadkę. Powiedzmy... rzecz o świadomości... próba odnalezienia człowieka w ssaku? Konieczny ponowny seans.

Prosto podsumowując, ascetyczny Primer jest prymusem w treści a wystawny Upstream w formie.

piątek, 13 czerwca 2014

Nic


  Jedno wielkie $#$#@# z tą sesją. Mówię to z przekonaniem i ulgą, bo leżało mi na sercu. Na pocieszenie, coś wspaniałego, na co się natknąłem w przyjaznej części internetu:

https://www.youtube.com/watch?v=SI3_AdA5ioU


  Może to i nazbyt lapidarnie, bo zwyczajowo notki są tu długie, ale naprawdę, wracając do tej sesji - mózg mam dziurawy jak sito, wszystko wiem przez kwadrans. Wszystkie daty, wszystkie wydarzenia mieszają się i zlewają w jedno. To daje się we znaki era techno. Bez internetu, q.e.d., jestem jak bez powietrza - zupełnie do niczego. No bo po co, mam cokolwiek zakuwać jak ostatni bęcwał, skoro w kieszeni mam całą wiedzę ludzkości. Nieco ułomnie rozłożoną, ale wystarczającą. Jak w opowiadaniach o pilocie Pirxsie. Doprawdy, Lem to geniusz.


https://www.youtube.com/watch?v=RyMSRRNHRos

   Hurry up! Lećcie do kina na Teorię Wszystkiego. Coś wspaniałego. Pozostaje obśmiać maluczkich, oceniających średnio 6.3. Ja tego nie powiem, bo kryję się za fałszywym poczuciem wstydu, ale na szczęście nie wszyscy tak, właśnie od tego mam takiego znajomego, żeby powiedział wprost - taka ocena plebsu gwarantuje niedocenione arcydzieło, jego konsumpcja powinna być świętym obowiązkiem każdego kinomana żyjącego z pełnym poszanowaniem X muzy. Jeżeli przyjąć, że wcale nie aż takie arcydzieło, to plebs staje się co najwyżej tłumem, więc nikt nie jest urażony. Do kina, psie krwie.

"trudno właściwie powiedzieć, o czym jest film Gilliama"

  Na Teutatesa! Naprawdę nie trzeba być żadnym myślicielem żeby pojąć o czym mowa. Owszem, nagromadzenie rzeczy może namieszać w głowie, ale do licha, gdy ruchem kieruje chorobliwie otyły żandarm na wózku, gdy mnisi nie mogą wezwać straży do płonącego kościoła, bo są objęci przysięgą milczenia, gdy najbliższym sąsiadem tego kościoła jest sex-shop, gdy akcja osadzona jest w techno-Londynie... wiadomo, że to nie będzie bajka z mchu i paproci tylko soczysty kawał neo-utopii w pythonowskim sosie. Jak można robić z zalety wadę?



  Dlatego teraz, chyba opowiem Wam kawał, na poprawę humorów, o pewnej Sowie i Wiewiórce z Vampire Hunter D:

  Głupia Wiewiórka zapieprza przez cale lato, jak szalona, zbiera ziarno i orzechy. Urabiała się po łokcie. Pewnego dnia, tuż przed zimą, wylazła jeszcze po coś z dziupli... a tu ją nagle Sowa - łaps - złapała w szpony i gdzieś niesie."O rzesz w mordę", mówi Wiewiórka, "Tyle dobrego jedzenia się zmarnuje"!

  Lubię historię, za jej wielką wymowność, ot co. Albo ta, tym razem na faktach. Powołana w 451 przed Chrystusem komisja decemwirów, na czas swej kadencji przejęła rządy w Rzymie. Mieli ustanowić nowe prawo, ale zasmakowali we władzy. Decemwirowie nie tylko nie zamierzali oddać władzy, ale co więcej, zaczęli terroryzować plebs, żądający ich dymisji. Wówczas nękany plebs po prostu spakował pindelki i wyszedł z miasta. Przerażeni decemwirowie od razu zrzekli się władzy. No tak, to chujowe, być władcą gdy nie ma kim pomiatać.

Czym się różni jeden porządny człowiek od drugiego?