wtorek, 27 września 2016

Ostatnio postanowiłem rzucić wszystko i obejrzeć po raz kolejny Walc z Baszirem, ale zamiast tego, przypomniałem sobie, że Czarodziejska Góra też była bardzo ciekawa. W to wszystko wplątała się myśl o Persepolis i konkluzja, że już prawie całkowicie wywietrzał mi z głowy Kot rabina.

O Walcu już tu kiedyś pisałem w całkiem podniosłej atmosferze i z machaniem pięścią uniesioną w słusznym gniewie, pod którymi to słowami już nie podpisuję się tak wyraźnie, ale jednak. 









Co innego Czarodziejska Góra to całkiem inna historia. Film który przeszedł zupełnie bez echa a to przecież było takie ciekawe przedsięwzięcie. We Francji powstała animacja o polskim migrancie, który z Polski uciekał po wojnie na zachód, stamtąd, rozczarowany bezczynnością i jałowością intelektualnych roztrząsań,  wyruszył do Afganistanu, by tam, wraz z grupą Mudżahedinów walczyć przeciwko ZSRR. Milion metod animacji na metr taśmy filmowej oraz niebywałe a zupełnie prawdziwe losy kogoś na kształt współczesnego Don Kichota. 








Persepolis to lektura obowiązkowa każdego przyzwoitego człowieka z dostępem do internetu, o rewolucji religijnych fundamentalistów w Iranie. Wydarzenia poznamy z perspektywy dziewczyny, którą opresyjne państwo zmusza do ucieczki do Francji, w poszukiwaniu upragnionej wolności. Niestety w Europie, czuje się niechciana i niedopasowana, więc wraca z powrotem. Tu źle i tam niedobrze, do stu diabłów. 









Kot rabina na podstawie francuskiego komiksu, z tego co pamiętam, to kompleksowa turystyka po kulturze i obyczajach Bliskiego Wschodu z perspektywy żydowskiego kota, który połknął gadającą papugę, przez co posiadł zdolność mowy. Super sprawa, całkiem niepowierzchowne dywagacje na temat istoty Boga i religijnych przykazań przy okazji, bo to był kot rabina.  








Oczywiście we wszystkich tych filmach jest mowa o tym, żeby nie być zamkniętym na innych ludzi skurwysynem, pewnie dlatego o nich sobie przypomniałem, bo co wieczór oglądam wiadomości, czy tam czytam na fejsiku co się dzieje, no i zwykle mi się nie mieści w głowie. 

Czytam sobie właśnie "Zdławiony krzyk" o sytuacji kobiet w Afganistanie, żadna rewelacja, ale kurczę, warto sobie od czasu do czasu przeczytać takie rzeczy, żeby nie zapomnieć, że bardzo prawdopodobne, że na drugim końcu świata to też są ludzie, z problemami i presją ogromnie większymi od naszych, a może nawet niekoniecznie są podrzynającymi gardła terrorystami. Może to właśnie oni najbardziej cierpią w zamachach terrorystycznych i przez talibańską obyczajowość, o które wcale się nie prosili. Jezu, naprawdę napisałem taki truizm? Jeżu, no a tak się składa, że to zakrawa na niepopularną opinię.
  




poniedziałek, 1 sierpnia 2016

NOWA ERA BIOLOGIA 3, używany, stan dst+

Wpadł mi w ręce podręcznik Nowej Ery z biologii do trzeciej gimnazjum. Chociaż nie jestem jego zdecydowanym nieprzyjacielem (6/10), to zastanawia mnie kilka spraw.

Jeszcze parę dekad temu chyba każda naukowa publikacja, aby otrzymać pozwolenie na druk, musiała odbębnić (przynajmniej we wstępie!) obowiązkową wzmiankę o masach ludu pracującego, burżuazji i całej reszcie z bogatego bestiariusza PRL-u. Czy żeby opublikować podręcznik od biologii w III RP, trzeba się równie wykazać (tzn. wektor ten sam, ale przeciwny zwrot)? Biorąc poprawkę na programowy konserwatyzm religijno-obyczajowy cechujący większość polskich podręczników (na ten temat np. tutaj od strony 65), jest to dość żenujące.

Krótki przegląd działu o ewolucji:

Zaczyna się tak: "Jeśli interesujesz się motoryzacją, na pewno zauważyłeś że...". W tym duchu przez cały podręcznik. Serio? Zwracasz się, podręczniku, do chłopca interesującego się motoryzacją. Naprawdę, nie dało się np. "jak zauważyliście" (w domyśle: dziewczęta i chłopcy)? Aplikuj w podręczniku tego rodzaju samospełniające się proroctwo przesiąknięte XX wiecznymi stereotypami, a potem zastanawiaj się, dlaczego w naukach ścisłych ilościowo dominują mężczyźni. Nawet nie próbujesz tego zmienić, podręczniku!

Dalej, kilka słów o powstaniu życia. "Przypuszcza się, że powstało ok. 4 mld lat temu". Tyle w podręczniku. No tak, ale przypuszcza się to, czy powstało 4.1, czy raczej 3.9 mld lat temu, a w podręczniku nie to wybrzmiewa. Może jestem przewrażliwiony, ale ja tu widzę domysł "przypuszcza się, że powstało ok. 4 mld lat temu... (a być może życie powstało czarodziejsko 4000 lat temu od środy rano do soboty popołudniu)".

To samo przewrażliwienie sprawia, że gryzie mnie, jak w 4 stronicowym tekście o ewolucji człowieka, na ostatniej stronie zmieściły się - zaraz za wyprostowaną postawą - wiara, honor i naród. Zabawne rozłożenie akcentów. Zwłaszcza, że puentuje je bardzo kontrowersyjna teza o tym, że jesteśmy jedynymi ssakami, które wykształciły samoświadomość. Bo z obecnej wiedzy wynika, że nie całkiem, a w zasadzie, to w ogóle nie. Ale rozumiem, mięsożerną mentalność trzeba krzewić od fasolki.

Dziwnie wygląda zestawienie Mendla (z podkreśleniem w ramach ciekawostki jego kapłaństwa), którego "doceniono ponad 30 lat po jego śmierci, kiedy żył, jego badania były ignorowane przez ówczesny świat nauki" z Darwinem, który był po prostu autorem teorii ewolucji. O Darwinie żadnej bibliograficznej notki. No nie wiem, chyba okoliczności publikacji Darwina były przynajmniej równie ciekawe i zasługiwałyby na krótką wzmiankę. Rozumiem, że autorom szkoda było zrezygnować z zaakcentowaniem swojego stanowiska "wiara vs nauka".

Może cieszyłby mnie zmysł etyczny autorów, ale czemu brakuje go tam, gdzie byłby bardziej potrzebny. Przydałby się maleńki przypis do kilka razy podkreślanego na stronach tego rozdziału "ostatecznego przetrwania osobników najlepiej dostosowanych do życia". Chociaż zdanie jest prawdziwe w sensie biologicznym, to doświadczenia z historii, aż proszą się o drobną wzmiankę na temat ekstrapolowania darwinizmu na życie społeczne oraz z jakim wiąże się ryzykiem. Nie twierdzę, że autorzy zdradzają tym brakiem swoje eugeniczne czy rasistowskie ciągotki. Po prostu, w najlepszym razie nie pomyśleli o tym, co powinno być oczywiste, a w najgorszym - pragnęli odrobinę zdyskredytować Darwina.

I tak dalej, i w tym tonie.

Oczywiście moje pokątnie wyrażone wątpliwości to ten sam sort co "wąskie lobby środowiskowe, reprezentujące osobliwe upodobania, usiłuje wykorzystać organy państwa do uwiarygodniania w podręcznikach szkolnych stylów życia reprezentowanych przez margines społeczeństwa" (tak na temat raportu o utrwalaniu w szkolnych programach szkodliwych stereotypów wypowiedział się autor publikacji pt. hehe "Dyktatura gender"). No tak, wiadomo - naukowa akuratność i chęć niedyskryminacji to osobliwe upodobania. W tym kraju zakrawają na niepopularną opinię.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Najbliższy zakręt w lewo a potem już będzie z górki.




  Siedzimy sobie razem, na półoficjalnym spotkanku przy piwie i herbacie. Jak kto lubi, ale komu nieobcą powieścią jest Miliard lat przed końcem świata, temu wiadomo, że najlepiej dyskutuje się właśnie przy herbacie.

Pora i pogoda taka, że lokal raczej pustawy, atmosfera daleka od rewolucyjnego wzmożenia. Znudzenie udziela się również rozmowie, płynie sobie leniwie i dość niezbornie, trudno o coś zahaczyć. 

Wtem! Jak z pod ziemi wyrasta grupka patriotycznie wystrojonych i ostrzyżonych wszechpolskich chłopców. Obsiadają nas bardzo szczelnie, wyraźnie bardzo zadowoleni ze swej przewagi liczebnej oraz efektu zaskoczenia. 

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Zdjęcia książek to taki jakby wyższy stopień snobizmu.



   8 zł. To wydaje się nieetyczne, ale chyba lepiej jak książki są w ciągłym ruchu, bo jak leżą nieczytane to co komu po nich, prawda? Inna sprawa, że wyraźnie na książkach raczej nie da się zarobić, o ile nie jest to III wydanie Ben Hura z 1860 roku, te z erratą na 116 stronie. Może i powinienem powiedzieć "nie", że to draństwo, najlepiej - zaproponować handlarzowi wyższą cenę, ale miałem zbyt mało szekli w kieszeni, żeby się na serio nad tym zastanawiać. Nabyłem.

  Dziś, po latach, zagrałem nostalgiczną  kartę "powrót do Macierzy" i drogą kupna wszedłem w posiadanie własnych egzemplarzy tych oto dzieł. I tak mnie to wzruszyło, że aż popchnęło do pamiętniczkowego wpisu. Trochę mi wstyd, ale w tle gra skrzypaczka, kubek herbaty - no, wszystkie te banały i jestem bez szans w walce ze sobą.

  Dobra, jednak otrzeźwiałem, stop. Nie czas na wspominki, wszak piłka wciąż w grze. Więc załatwmy sprawę krótko - mam wrażenie, że Ślimak na zboczu lepił we mnie jak w glinie, gdy byłem w liceum i czytałem go po raz pierwszy. Wówczas najważniejsza lektura, obok innej, również Strugackich. W zasadzie do dzisiaj myślę Strugackimi, są odpowiednio pomniejszeni i siedzą mi w głowie. 

  Na Srebrnym Globie Żuławskiego. Och. Cóż można powiedzieć, by nie popaść w atmosferę szkolnej akademii. Raczej nie dam rady. Ulubiona powieść Lema, która, jak sądzę, lepiła w nim jak w glinie. Mnie tu najbardziej przytłacza nieziemski acz uniwersalny obraz ewolucji ludzkiego obłędu zwanego raz szeroko kulturą, innym razem wąsko: religią. Poszukiwanie Boga. Niepocieszająca myśl, że ludzkość miast wzrastać - karleje. 
  Wymyśleni adwersarze na to:
 -- Pieprzenie, przecież jest postęp.
  Odpowiem wtedy:
-- Doprawdy? To poczytajcie sobie Na Srebrnym Globie, się Wam odechce urojonej adwersarki -- wygrywając tym samym wymyśloną potyczkę.

*

czwartek, 31 marca 2016

Zwierzęta, ludzie, bogowie



 Na pewnym wykładzie z historii polskiego kościoła przed XIII wiekiem, z którego zaliczenie uzależnione jest od obecności, jak zwykle pilnie walczyłem z drzemką nadchodzącą dosłownie zewsząd. Wtem! Trafiłem w internecie, na moim ulubionym portalu, na tę oto książkę. Wystarczy, że powiem, iż wykład na którym zwykle czas nieprzesadnie się śpieszy, tym razem minął jak kilka miłych chwil. Mało tego! Ledwo mogłem się oderwać a lekturę wznowiłem od razu po wieczornym powrocie do domu...

środa, 16 marca 2016

Raz, dwa, trzy... babajaga patrzy!


  Mimo wysokiego stopnia upośledzenia horrorów głównego nurtu popkultury (tzn. tych z budżetem na 6 zer), głupio byłoby im odmówić, a niestety łatwo byłoby przeoczyć, że pod pewnym względem stanowią o mały włos bezkonkurencyjną forpocztę postępu w kinie naszym powszednim. Myślę o horrorach, które chętnie i odważnie, jak w żadnym innym gatunku, sięgają w muzyce do eksperymentalnych form, niszowych brzmień i niestworzonych instrumentów. Brzmi owa muzyka doskonale, w jakże lichych filmach które ilustruje, wybija się niejednokrotnie na plan pierwszy! Do tego stopnia, że w Annabelle to sekcja smyczkowa dyktuje skoki ciśnienia, wywołując straszne spazmy u widza! Przerażająca kakofonia na młotki, zardzewiały fortepian, ociekające krwią smyczki i cały magazyn instrumentów przywodzących na myśl użytkowy wystrój sali tortur. 

  To tym ciekawsze, że znaczna ilość horrorów pod patronatem opętań i demonów (22 tytuły z ostatnich lat!), posiada ścieżkę dźwiękową skomponowaną przez tego oto Josepha Bishara. 


  Oto więc prawdziwa twarz współczesnego stracha! Przy tym nie dziwi lista granych przez niego epizodycznych ról, podsumowana w poniższej liście, serio myślałem, że skonam jak to zobaczyłem:
  • Insidious – Lipstick-Face Demon
  • The Conjuring – Bathsheba
  • Annabelle – Demonic Figure
  • Insidious: Chapter 3 – Lipstick-Face Demon


PS  Na ładny finał, chciałbym jeszcze wspomnieć soundtrack "Coś za mną chodzi" kogoś zupełnie innego. Nastrój też zupełnie inny - piwniczny ambient w duchu lat 80, ale jakże liryczny bo przeplatający się z melodyjnymi tonami - a bez tejże oprawy, sam znakomity film również straciłby pewnie całą swą siłę rażenia. 

  
  Nie jestem pewien, czy dostatecznie wyeksponowałem o co mi chodzi. Do głowy przychodzą mi różne ścieżki dźwiękowe, które są tak awangardowe, że mogłyby śmiało smażyć naleśniki na płonących radiowozach (jak to zwykła czynić  każda szanująca się awangarda postępu!). Niekoniecznie z horrorów. Nie o to mi chodziło, że horrory mają monopol na nowe brzmienia, raczej o to ciekawe zjawisko, w którym niemożebnie zgrany i umasowiony gatunek, sięga po niszowe rozwiązania muzyczne - bardzo swobodnie i udanie. Być może, ktoś bardziej zorientowany w temacie, mógłby uznać te utwory za lekki kicz w swym gatunku, ale byłyby to tylko przepychanki o wielkość maczug gigantów z punktu widzenia smerfów.

 PS2 A oto, niby już nie a propos, kęs prawdziwie prawdziwej awangardy, tym razem nie docelowo filmowej, ale jakże postępowej - tak samej z siebie. Słuchając tego w drodze przez Poznań, pogrążam się w głębokiej zadumie nad porządkiem w świecie chaosu. Serdecznie polecam, pozwala realizować chociaż część niespełnionej człowieczej duchowości. 

  I tak, od banalnych strachów, przeszliśmy płynnie do strasznych banałów, ale w tle pierwszych i drugich wciąż przygrywa muzyka eksperymentalna uświęcająca to wszystko, windując na wyższy poziom. Amen. 



Czym się różni jeden porządny człowiek od drugiego?