Wpadł mi w ręce podręcznik Nowej Ery z biologii do trzeciej gimnazjum. Chociaż nie jestem jego zdecydowanym nieprzyjacielem (6/10), to zastanawia mnie kilka spraw.
Jeszcze parę dekad temu chyba każda naukowa publikacja, aby otrzymać pozwolenie na druk, musiała odbębnić (przynajmniej we wstępie!) obowiązkową wzmiankę o masach ludu pracującego, burżuazji i całej reszcie z bogatego bestiariusza PRL-u. Czy żeby opublikować podręcznik od biologii w III RP, trzeba się równie wykazać (tzn. wektor ten sam, ale przeciwny zwrot)? Biorąc poprawkę na programowy konserwatyzm religijno-obyczajowy cechujący większość polskich podręczników (na ten temat np. tutaj od strony 65), jest to dość żenujące.
Krótki przegląd działu o ewolucji:
Zaczyna się tak: "Jeśli interesujesz się motoryzacją, na pewno zauważyłeś że...". W tym duchu przez cały podręcznik. Serio? Zwracasz się, podręczniku, do chłopca interesującego się motoryzacją. Naprawdę, nie dało się np. "jak zauważyliście" (w domyśle: dziewczęta i chłopcy)? Aplikuj w podręczniku tego rodzaju samospełniające się proroctwo przesiąknięte XX wiecznymi stereotypami, a potem zastanawiaj się, dlaczego w naukach ścisłych ilościowo dominują mężczyźni. Nawet nie próbujesz tego zmienić, podręczniku!
Dalej, kilka słów o powstaniu życia. "Przypuszcza się, że powstało ok. 4 mld lat temu". Tyle w podręczniku. No tak, ale przypuszcza się to, czy powstało 4.1, czy raczej 3.9 mld lat temu, a w podręczniku nie to wybrzmiewa. Może jestem przewrażliwiony, ale ja tu widzę domysł "przypuszcza się, że powstało ok. 4 mld lat temu... (a być może życie powstało czarodziejsko 4000 lat temu od środy rano do soboty popołudniu)".
To samo przewrażliwienie sprawia, że gryzie mnie, jak w 4 stronicowym tekście o ewolucji człowieka, na ostatniej stronie zmieściły się - zaraz za wyprostowaną postawą - wiara, honor i naród. Zabawne rozłożenie akcentów. Zwłaszcza, że puentuje je bardzo kontrowersyjna teza o tym, że jesteśmy jedynymi ssakami, które wykształciły samoświadomość. Bo z obecnej wiedzy wynika, że nie całkiem, a w zasadzie, to w ogóle nie. Ale rozumiem, mięsożerną mentalność trzeba krzewić od fasolki.
Dziwnie wygląda zestawienie Mendla (z podkreśleniem w ramach ciekawostki jego kapłaństwa), którego "doceniono ponad 30 lat po jego śmierci, kiedy żył, jego badania były ignorowane przez ówczesny świat nauki" z Darwinem, który był po prostu autorem teorii ewolucji. O Darwinie żadnej bibliograficznej notki. No nie wiem, chyba okoliczności publikacji Darwina były przynajmniej równie ciekawe i zasługiwałyby na krótką wzmiankę. Rozumiem, że autorom szkoda było zrezygnować z zaakcentowaniem swojego stanowiska "wiara vs nauka".
Może cieszyłby mnie zmysł etyczny autorów, ale czemu brakuje go tam, gdzie byłby bardziej potrzebny. Przydałby się maleńki przypis do kilka razy podkreślanego na stronach tego rozdziału "ostatecznego przetrwania osobników najlepiej dostosowanych do życia". Chociaż zdanie jest prawdziwe w sensie biologicznym, to doświadczenia z historii, aż proszą się o drobną wzmiankę na temat ekstrapolowania darwinizmu na życie społeczne oraz z jakim wiąże się ryzykiem. Nie twierdzę, że autorzy zdradzają tym brakiem swoje eugeniczne czy rasistowskie ciągotki. Po prostu, w najlepszym razie nie pomyśleli o tym, co powinno być oczywiste, a w najgorszym - pragnęli odrobinę zdyskredytować Darwina.
I tak dalej, i w tym tonie.
Oczywiście moje pokątnie wyrażone wątpliwości to ten sam sort co "wąskie lobby środowiskowe, reprezentujące osobliwe upodobania, usiłuje wykorzystać organy państwa do uwiarygodniania w podręcznikach szkolnych stylów życia reprezentowanych przez margines społeczeństwa" (tak na temat raportu o utrwalaniu w szkolnych programach szkodliwych stereotypów wypowiedział się autor publikacji pt. hehe "Dyktatura gender"). No tak, wiadomo - naukowa akuratność i chęć niedyskryminacji to osobliwe upodobania. W tym kraju zakrawają na niepopularną opinię.
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
wtorek, 19 kwietnia 2016
Najbliższy zakręt w lewo a potem już będzie z górki.
Siedzimy sobie razem, na półoficjalnym spotkanku przy piwie i herbacie. Jak kto lubi, ale komu nieobcą powieścią jest Miliard lat przed końcem świata, temu wiadomo, że najlepiej dyskutuje się właśnie przy herbacie.
Pora i pogoda taka, że lokal raczej pustawy, atmosfera daleka od rewolucyjnego wzmożenia. Znudzenie udziela się również rozmowie, płynie sobie leniwie i dość niezbornie, trudno o coś zahaczyć.
Wtem! Jak z pod ziemi wyrasta grupka patriotycznie wystrojonych i ostrzyżonych wszechpolskich chłopców. Obsiadają nas bardzo szczelnie, wyraźnie bardzo zadowoleni ze swej przewagi liczebnej oraz efektu zaskoczenia.
piątek, 15 kwietnia 2016
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Zdjęcia książek to taki jakby wyższy stopień snobizmu.
8 zł. To wydaje się nieetyczne, ale chyba lepiej jak książki są w ciągłym ruchu, bo jak leżą nieczytane to co komu po nich, prawda? Inna sprawa, że wyraźnie na książkach raczej nie da się zarobić, o ile nie jest to III wydanie Ben Hura z 1860 roku, te z erratą na 116 stronie. Może i powinienem powiedzieć "nie", że to draństwo, najlepiej - zaproponować handlarzowi wyższą cenę, ale miałem zbyt mało szekli w kieszeni, żeby się na serio nad tym zastanawiać. Nabyłem.
Dziś, po latach, zagrałem nostalgiczną kartę "powrót do Macierzy" i drogą kupna wszedłem w posiadanie własnych egzemplarzy tych oto dzieł. I tak mnie to wzruszyło, że aż popchnęło do pamiętniczkowego wpisu. Trochę mi wstyd, ale w tle gra skrzypaczka, kubek herbaty - no, wszystkie te banały i jestem bez szans w walce ze sobą.
Dobra, jednak otrzeźwiałem, stop. Nie czas na wspominki, wszak piłka wciąż w grze. Więc załatwmy sprawę krótko - mam wrażenie, że Ślimak na zboczu lepił we mnie jak w glinie, gdy byłem w liceum i czytałem go po raz pierwszy. Wówczas najważniejsza lektura, obok innej, również Strugackich. W zasadzie do dzisiaj myślę Strugackimi, są odpowiednio pomniejszeni i siedzą mi w głowie.
Na Srebrnym Globie Żuławskiego. Och. Cóż można powiedzieć, by nie popaść w atmosferę szkolnej akademii. Raczej nie dam rady. Ulubiona powieść Lema, która, jak sądzę, lepiła w nim jak w glinie. Mnie tu najbardziej przytłacza nieziemski acz uniwersalny obraz ewolucji ludzkiego obłędu zwanego raz szeroko kulturą, innym razem wąsko: religią. Poszukiwanie Boga. Niepocieszająca myśl, że ludzkość miast wzrastać - karleje.
Wymyśleni adwersarze na to:
-- Pieprzenie, przecież jest postęp.
Odpowiem wtedy:
-- Doprawdy? To poczytajcie sobie Na Srebrnym Globie, się Wam odechce urojonej adwersarki -- wygrywając tym samym wymyśloną potyczkę.
*
czwartek, 31 marca 2016
Zwierzęta, ludzie, bogowie
Na pewnym wykładzie z historii polskiego kościoła przed XIII wiekiem, z którego zaliczenie uzależnione jest od obecności, jak zwykle pilnie walczyłem z drzemką nadchodzącą dosłownie zewsząd. Wtem! Trafiłem w internecie, na moim ulubionym portalu, na tę oto książkę. Wystarczy, że powiem, iż wykład na którym zwykle czas nieprzesadnie się śpieszy, tym razem minął jak kilka miłych chwil. Mało tego! Ledwo mogłem się oderwać a lekturę wznowiłem od razu po wieczornym powrocie do domu...
środa, 16 marca 2016
Raz, dwa, trzy... babajaga patrzy!
Mimo wysokiego stopnia upośledzenia horrorów głównego nurtu popkultury (tzn. tych z budżetem na 6 zer), głupio byłoby im odmówić, a niestety łatwo byłoby przeoczyć, że pod pewnym względem stanowią o mały włos bezkonkurencyjną forpocztę postępu w kinie naszym powszednim. Myślę o horrorach, które chętnie i odważnie, jak w żadnym innym gatunku, sięgają w muzyce do eksperymentalnych form, niszowych brzmień i niestworzonych instrumentów. Brzmi owa muzyka doskonale, w jakże lichych filmach które ilustruje, wybija się niejednokrotnie na plan pierwszy! Do tego stopnia, że w Annabelle to sekcja smyczkowa dyktuje skoki ciśnienia, wywołując straszne spazmy u widza! Przerażająca kakofonia na młotki, zardzewiały fortepian, ociekające krwią smyczki i cały magazyn instrumentów przywodzących na myśl użytkowy wystrój sali tortur.
To tym ciekawsze, że znaczna ilość horrorów pod patronatem opętań i demonów (22 tytuły z ostatnich lat!), posiada ścieżkę dźwiękową skomponowaną przez tego oto Josepha Bishara.
Oto więc prawdziwa twarz współczesnego stracha! Przy tym nie dziwi lista granych przez niego epizodycznych ról, podsumowana w poniższej liście, serio myślałem, że skonam jak to zobaczyłem:
- Insidious – Lipstick-Face Demon
- The Conjuring – Bathsheba
- Annabelle – Demonic Figure
- Insidious: Chapter 3 – Lipstick-Face Demon
PS Na ładny finał, chciałbym jeszcze wspomnieć soundtrack "Coś za mną chodzi" kogoś zupełnie innego. Nastrój też zupełnie inny - piwniczny ambient w duchu lat 80, ale jakże liryczny bo przeplatający się z melodyjnymi tonami - a bez tejże oprawy, sam znakomity film również straciłby pewnie całą swą siłę rażenia.
Nie jestem pewien, czy dostatecznie wyeksponowałem o co mi chodzi. Do głowy przychodzą mi różne ścieżki dźwiękowe, które są tak awangardowe, że mogłyby śmiało smażyć naleśniki na płonących radiowozach (jak to zwykła czynić każda szanująca się awangarda postępu!). Niekoniecznie z horrorów. Nie o to mi chodziło, że horrory mają monopol na nowe brzmienia, raczej o to ciekawe zjawisko, w którym niemożebnie zgrany i umasowiony gatunek, sięga po niszowe rozwiązania muzyczne - bardzo swobodnie i udanie. Być może, ktoś bardziej zorientowany w temacie, mógłby uznać te utwory za lekki kicz w swym gatunku, ale byłyby to tylko przepychanki o wielkość maczug gigantów z punktu widzenia smerfów.
PS2 A oto, niby już nie a propos, kęs prawdziwie prawdziwej awangardy, tym razem nie docelowo filmowej, ale jakże postępowej - tak samej z siebie. Słuchając tego w drodze przez Poznań, pogrążam się w głębokiej zadumie nad porządkiem w świecie chaosu. Serdecznie polecam, pozwala realizować chociaż część niespełnionej człowieczej duchowości.
I tak, od banalnych strachów, przeszliśmy płynnie do strasznych banałów, ale w tle pierwszych i drugich wciąż przygrywa muzyka eksperymentalna uświęcająca to wszystko, windując na wyższy poziom. Amen.
wtorek, 15 marca 2016
Igrzyska dzieci
Pozwoliłem sobie zaagregować filmy z pociesznego, docenionego za
życia, nurtu młodzieżowych fantastycznych
opowiastek Young Adult. Traktują o godnym stawaniu młodzieży w szranki z (anty)utopijnymi i dystopicznymi porządkami światów dorosłych.
Zamysł zakłada, w przeważającej liczbie przypadków, taśmową produkcję kolejnych filmów, których fasada zaczerpnięta jest z ogranych motywów "poważnej" literatury fantastycznej. Jednak z marszu podanych stosownym uproszczeniom. Ich celem ostatecznym jest rozdrobnienie najbardziej podniecających idei fantastyki socjologicznej, by móc znacjonalizować je amerykańskimi nastolatkami, przeżywającymi swoje miłosne wielokąciki miłosne. Jak dotąd, niezmienną sztampą pozostaje walka młodzieży ze światem urządzonym głupio i doprowadzonym do katastrofy przez dorosłych (z ustrojem administracyjnym, ale też hm... plemiennymi-klanowymi porządkami jak w Zmierzchu czy Mieście Kości). Światy przedstawione w punkcie wyjścia zwykle już są stracone - środowisko zdewastowane, ustrój totalitarny lub autorytarny. Technologia służy korporacjom do kontroli ludzi. Prawa jednostki są ograniczone do minimum. W takich okolicznościach poznajemy główne bohaterki, gdzie niezgoda na zastane warunki idzie w parze z nastoletnim okresem buntu, podniesionym do potęgi i rozbuchanym na gigantyczną, światową skalę. Romantyczny związek na który krzywo patrzą dorośli albo zakaz wychodzenia z pokoju (do lasu na samotne polowanie, do zakazanego lasu, za mur etc.) mogą stać się zarzewiami rebelii, obalającej stary porządek, będący podstawą tych klasycznych nastoletnich dramatów-klisz. Szkoda że zwykle i tak - ze względu na słabość i zachowawczość scenariuszową - bohaterki, świadomie lub nie, pozostają narzędziami dorosłych. Powtarzane są stare błędy, a obalone tyranie sugerują nieuchronne powtórki z rozrywki. Ostatecznie pazury zawsze przytępi jakiś moralny autorytet z taaką brodą. Tak było w dziełach od Harrego Pottera, przez Igrzyska po Niezgodą. Gdy przyziemne cele zostają osiągnięte - oni znów są razem, ona może wracać późno do domu, a on grać na skrzypcach - stary porządek tylko czeka, by opresjonować następną, przyszłą generację słomianych buntowniczek i buntowników. Bo stare systemy to coś więcej niż czarny charakter, któremu wystarczy utrzeć nosa w ostatnim rozdziale. Szkopuł w tym, że owe rebeliady, są co do zasady niemożebnie naiwne. Jednak uchodzą twórcom płazem. Dlaczego? Ponieważ gdy podziurawiona i poszatkowana historia zaczyna dogorywać na naszych oczach, do głosu dochodzi sekretny składnik.
Być może tym składnikiem jest możliwość wczucia się widzów w postaci uczestniczące w akcji. Nieważne, co akurat trapi nasz sztuczny świat i jak niegościnnym stał się miejscem, nieodmiennie główną osią fabuły będą TYPOWE rozterki TYPOWEJ/TYPOWEGO nastolatki/nastolatka. Do tych rozterek należy pierwsza miłość, a wraz z nią wszystkie techniczne kłopoty, pytanie czy to przyjaźń, czy coś więcej, co ze sobą zrobić gdy zgaśnie światło, kująca zazdrość i cała masa innych. Po za tym, nieco na uboczu - oczekiwania rodziców, wybór drogi na przyszłość, akceptacja w środowisku etc.
Być może idzie o tęsknotę za czasem, w którym kończy się świat, a wraz z nim obowiązujące nudne reguły i nudne życia. Czas w którym nastolatki mogą pobiegać z łukiem, bezkarnie strzelać do dorosłych i zakochiwać się ze wzajemnością. Czas w którym szare myszki wychodzą z cienia i stają na czele rebelii.
Możliwy jest też wariant spiskowy. Najpierw przykład: muzyka którą słychać przy zakupach w Lidlu, czy przekąsce w KFC, to nie jest jakaś tam losowa muzyka. To starannie wyselekcjonowana playlista, skomponowana przez specjalistów muzykologów, doskonale wiedzących, co i kiedy należy zagrać, żeby klienci kupili i zjedli jak najwięcej oraz wrócili jak najszybciej. Indywidualny człowiek z gustem, uzna dźwięki płynące z głośników za sztampę i porutę, ale na masowego, statystycznego odbiorcę (a od tego nie ma jak uciec, wita ponowoczesność) to chyba działa. Chyba podobnie jest tutaj. Spece od muzyki, kostiumów i szeregu innych dziedzin doskonale potrafią zwęszyć co i w jakich proporcjach należy zmieszać. Kto wie.
Zamysł zakłada, w przeważającej liczbie przypadków, taśmową produkcję kolejnych filmów, których fasada zaczerpnięta jest z ogranych motywów "poważnej" literatury fantastycznej. Jednak z marszu podanych stosownym uproszczeniom. Ich celem ostatecznym jest rozdrobnienie najbardziej podniecających idei fantastyki socjologicznej, by móc znacjonalizować je amerykańskimi nastolatkami, przeżywającymi swoje miłosne wielokąciki miłosne. Jak dotąd, niezmienną sztampą pozostaje walka młodzieży ze światem urządzonym głupio i doprowadzonym do katastrofy przez dorosłych (z ustrojem administracyjnym, ale też hm... plemiennymi-klanowymi porządkami jak w Zmierzchu czy Mieście Kości). Światy przedstawione w punkcie wyjścia zwykle już są stracone - środowisko zdewastowane, ustrój totalitarny lub autorytarny. Technologia służy korporacjom do kontroli ludzi. Prawa jednostki są ograniczone do minimum. W takich okolicznościach poznajemy główne bohaterki, gdzie niezgoda na zastane warunki idzie w parze z nastoletnim okresem buntu, podniesionym do potęgi i rozbuchanym na gigantyczną, światową skalę. Romantyczny związek na który krzywo patrzą dorośli albo zakaz wychodzenia z pokoju (do lasu na samotne polowanie, do zakazanego lasu, za mur etc.) mogą stać się zarzewiami rebelii, obalającej stary porządek, będący podstawą tych klasycznych nastoletnich dramatów-klisz. Szkoda że zwykle i tak - ze względu na słabość i zachowawczość scenariuszową - bohaterki, świadomie lub nie, pozostają narzędziami dorosłych. Powtarzane są stare błędy, a obalone tyranie sugerują nieuchronne powtórki z rozrywki. Ostatecznie pazury zawsze przytępi jakiś moralny autorytet z taaką brodą. Tak było w dziełach od Harrego Pottera, przez Igrzyska po Niezgodą. Gdy przyziemne cele zostają osiągnięte - oni znów są razem, ona może wracać późno do domu, a on grać na skrzypcach - stary porządek tylko czeka, by opresjonować następną, przyszłą generację słomianych buntowniczek i buntowników. Bo stare systemy to coś więcej niż czarny charakter, któremu wystarczy utrzeć nosa w ostatnim rozdziale. Szkopuł w tym, że owe rebeliady, są co do zasady niemożebnie naiwne. Jednak uchodzą twórcom płazem. Dlaczego? Ponieważ gdy podziurawiona i poszatkowana historia zaczyna dogorywać na naszych oczach, do głosu dochodzi sekretny składnik.
Sekretny składnik
Być może tym składnikiem jest możliwość wczucia się widzów w postaci uczestniczące w akcji. Nieważne, co akurat trapi nasz sztuczny świat i jak niegościnnym stał się miejscem, nieodmiennie główną osią fabuły będą TYPOWE rozterki TYPOWEJ/TYPOWEGO nastolatki/nastolatka. Do tych rozterek należy pierwsza miłość, a wraz z nią wszystkie techniczne kłopoty, pytanie czy to przyjaźń, czy coś więcej, co ze sobą zrobić gdy zgaśnie światło, kująca zazdrość i cała masa innych. Po za tym, nieco na uboczu - oczekiwania rodziców, wybór drogi na przyszłość, akceptacja w środowisku etc.
Być może idzie o tęsknotę za czasem, w którym kończy się świat, a wraz z nim obowiązujące nudne reguły i nudne życia. Czas w którym nastolatki mogą pobiegać z łukiem, bezkarnie strzelać do dorosłych i zakochiwać się ze wzajemnością. Czas w którym szare myszki wychodzą z cienia i stają na czele rebelii.
Możliwy jest też wariant spiskowy. Najpierw przykład: muzyka którą słychać przy zakupach w Lidlu, czy przekąsce w KFC, to nie jest jakaś tam losowa muzyka. To starannie wyselekcjonowana playlista, skomponowana przez specjalistów muzykologów, doskonale wiedzących, co i kiedy należy zagrać, żeby klienci kupili i zjedli jak najwięcej oraz wrócili jak najszybciej. Indywidualny człowiek z gustem, uzna dźwięki płynące z głośników za sztampę i porutę, ale na masowego, statystycznego odbiorcę (a od tego nie ma jak uciec, wita ponowoczesność) to chyba działa. Chyba podobnie jest tutaj. Spece od muzyki, kostiumów i szeregu innych dziedzin doskonale potrafią zwęszyć co i w jakich proporcjach należy zmieszać. Kto wie.
Żywe przykłady
Generalnie koncept przypomina filmowy odpowiednik ludzkiej stonogi, w której na początku jest np. "Nowy Wspaniały Świat" a na samym końcu dogorywa umęczona Niezgodna. W szczególe wygląda to tak, iż sukces Harrego Pottera owocował szeregiem naśladowczych światów fantasy (królową zrzynki pozostaje Miasto Kości, doprawdy... autorka napisała swoje fan fiction o romansie między Hermioną a Malfoyem, w internecie dobrze żarło, ale żeby zaczęło przynosić autorce szekle, musiała pozmieniać imiona oraz kilka innych detali). Od premiery Igrzysk Śmierci, mniej więcej do teraz, dominuje sztafaż SF (najwierniejsza naśladowczyni to seria Niezgodna, która również dorobi się trzeciej części podzielonej na dwa filmy). Co przyniesie przyszłość? Najbliższa nam jest 5th Wave, która chyba nie zrobi imponującego sukcesu. Z tego co się orientuję, prezentuje czasy nam współczesne z domieszką kosmitów i zbuntowaną survivalową nastolatką. Nie mogę się doczekać. Krótka internetowa kwerenda unaoczniła mi, że w Hollywoodzie praktycznie codziennie podpisuje się umowy o przekazaniu praw do jakiejś młodzieżowej sagi.
W powyższym zbiorze kręci się też garść wolnych elektronów, pokroju If I stay, Historia Roja: czyli lepiej zakopać to w ziemi albo It follows.
If I stay posiada wątek fantastyczny, chociaż owszem, to ledwie cząstka w historii zwykłego melodramatu. Jednakże! Koniec końców, bohaterka mierzy się z dylematem "zostać czy nie zostać", w religijnie rozumianych zaświatach (mimo oczywistych skojarzeń w If i stay, prawdziwie chrześcijańską agitkę uskutecznia dopiero The Giver), ciekawe, że woli Boga Ojca ostatecznie nie ulega główna bohaterka, postanawiając wrócić do świata żywych i swojego chłopaka. Realizuje postawione wyżej kryterium buntu przeciw boskiej utopii? A jakże, bardziej się nie da :)
Historia Roja w zestawieniu pozornie wygląda na pokaz buractwa z mojej strony, ale spokojnie, to nie tak. Trzeba tylko pominąć to, co twórcy chcieli tym filmem pokazać, a skupić na tym, co pokazali. Pewnego młodzieńca, który wraz z grupą rówieśników wyłamuje się z pod opieki dorosłych (doświadczony dowódca Młot, rezygnujący z walki, powodowany przeświadczeniem o daremności dalszego oporu, jest uznany przez walczącą młodzież za zdrajcę). Przystępuje do nierównej walki z zastanym ustrojem (w praktyce, w różnym natężeniu z całym światem dorosłych, bo w filmie zbiór komunistów jest bardzo wszechogarniający, bo to i sołtys się boczy, i nie chce dziewki do ożenku oddać). Cała akcja podąża szlakiem wyznaczonym przez Harrego i Katniss a jedyne odstępstwo to pozorna historyczność prezentowanych wydarzeń. Oczywiście pomijając przy tym, że w towarzystwie wszystkich omawianych tu nastoletnich dysydentów i rebeliantów, nikt o zdrowych zmysłach nie skumplowałby się z Rojem. Harry i Katniss a nawet Niezgodna Tris, to przy Roju wzorce cnót, mądrości oraz samodzielnego myślenia.
Nadludzkim wysiłkiem powstrzymuję się, przed opisaniem dlaczego nieszczęsny filmowy Rój potwierdza wszystkie zarzuty komunistycznej propagandy o faszystowskich bandach.
Dlatego płynnie przejdę od występującego tu nieco ironicznie "It Follow". Tym razem sztafażem nie jest ani fantasy, ani SF. To z krwi i kości horror! Trudno o lepszego wyraziciela hm... ideologii tego nurtu, będącego jednocześnie tak odległego w formie i jakości (na +!) od innych wymienionych. Trudno byłoby też znaleźć lepsze tło, dla tego rodzaju opowieści. Zrujnowane Detroit to żywy trup grzechów ojców, a czego nie załatwili ojcowie, to utopiła przyroda - zburzenie dawnego porządku oraz budowanie na gruzach. Właśnie o tym była wcześniej mowa! W świecie pozbawionym dorosłych, rozgrywa się koszmar którego motorem jest inicjacyjna historia grupki nastolatków, swoją drogą, dość sympatycznych - to nie są wymuskane kukły, to są zwykli ludzie! A w tle przygrywa hipnotyzująca muzyka - czyżby przypadek?
Ciekawą próbą nawiązującą do młodzieżowych widowisk jest "Tajemnica Bridgend". W jakimś takim, trudnym do zdefiniowania czasie, w mieścinie pogrążonej pośród gór i lasów, harcuje osobliwe plemię nastolatków. Kierują się tajemniczym kodeksem, zasadami bezwzględnego siostrzeństwa i braterstwa. Mają wiele pretensji do całego świata, a zwłaszcza do swych rodzin. Ich bunt jest jednak jałowy. Gdy świat nie jest tak prosty jak Igrzyska Śmierci czy Niezgodna, że zabójstwo prezydenta daje reset, wieczną sławę i szczęście. Szarym myszkom którym wydaje się, że są wybrańcami, zgadza się tylko jedno - "wydaje im się". Co prawda, można wybić kamieniem szybę w sklepie, zelżyć policjanta albo, niech tam nawet, odebrać sobie życie. Ale co z tego? Można tylko dorosnąć i powtarzać błędy rodziców, lub umrzeć w świecie urządzonym przez kogoś innego. Pozostaje nihilizm, bo świat i tak ma ich w poważaniu. Choćby nie wiadomo jak tupali, choćby wymyślili sobie nie wiadomo jakie igrzyska i inicjacje.
A propos wspomnianego wcześniej Detroit i krążenia po antypodach gatunku, na koniec czarny koń
wyścigu, dzielnie wpisuje się w lejtmotyw, ale jakoś zabrakło mi
śmiałości, żeby go wciskać w głównym rzucie, ponieważ realizuje również
dojrzałe dylematy (chociaż nie zawsze w dojrzały sposób).
PS To wczesna wersja tego wpisu, zapewne będę go jeszcze aktualizował, wymazywał, dopisywał etc. Może przypomnę sobie jeszcze o jakiś "takich" filmach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























