poniedziałek, 6 stycznia 2014

2140!

  Czołem Blogu! Chwała Bogu!

  Jadłem właśnie banana i olśniło mnie tak, że prawie postradałem rozum.

  Zupełnie zapomniałem o jakimkolwiek rocznym zestawieniu, rok temu było, a w czym ten rok ma być gorszy? No? Tak więc - jak wszystko w moim życiu - spóźnione podsumowanie zacząć czas!

  W tym roku jakaś jaśnie oświecona, namaszczona przez korporacyjne Bóg-Wie-Co, super pani domu mówiła jak należy jeść banana. Po pierwsze, należy odwrócić banan do góry nogami, ścisnąć (!) i banan -myk- otwiera się przed nami otworem cały gotów do oddania żywcem całych zapasów potasu. Co lepsze, powołała się na małpie(!!) zwyczaje i ewolucyjną kompetencję naczelnych. Prędzej dam się obrać ze skóry, niż będę słuchał kogoś jak mam obrać banana. Wara mi od tego. Wynocha.

  Po za tym, w tym roku (tamtym, ale udajemy, że wszystko jest na czas) zacząłem na zmianę z dotychczasowym zwyczajem, zacząłem słuchać elektroniki. Nawet teraz w tle. Do tej pory wszystko był jeden pies, a teraz.... o hohoho! - wcale nie że wszystko techno. Teraz to czysta, nieskażona oczywistością awangarda postępu. Teraz to żarty się skończyły.

  Bywało wesoło i bywało smutno. Nie całkiem wszystko poszło jak chciałem, a mówiąc "nie całkiem", mam na myśli "jak się tu znalazłem i co tu do cholery robię?!". Do tego musiałem zmienić branżę i miasto. Szczecin wciąż wspominam żywo i utrzymuję żywą korespondencję, jednocześnie wynajmując mieszkanie w Poznaniu w towarzystwie zgoła odmiennym od tego, do którego nawykłem w Szcz - od którego odżegnywałem się na wszelkie sposoby, jednocześnie asymilując się... po trochu... Cóż, mój obecny kierunek nie jest awangardą postępu - zwłaszcza ideologicznie. Zdecydowanie. Z perspektywy, studia prawnicze wcale nie były takim ścierwem, za jakie chciałyby uchodzić, ale między Bogiem a Prawdą - ulga jak tysiąc. Trochę szkoda zmarnowanego czasu w tym kieracie, ale przecież nauczyło mnie to niejednego. Że nawet nieudacznik może być spoko gościem.

  Na scenę wprowadzono kilka naprawdę wspaniałych osób do mojego życia, owszem, również kilka takich które z chęcią zatłukł bym na śmierć przy nie jednej okazji - na szczęście nie tylko takich. Internetowe znajomości zawsze w modzie i na czasie.




  Dobrze, dobrze - wychodzi z tego przykra wyliczanka, jak to tak? Coś tam naiwnie skrobałem przez chwile o przeżutej makulaturze, o filmach i jeszcze brakowało tylko o Dead Space, ale skoro szło na siłę, to po co. Polecam Ded Spejsa. Granie w ciemnym, ciemnym domu, ciemną, ciemną nocą, to cudowne emocje.

  Od ostatniego podsumowania na blogu przybyło niemalże półtora... tysiąca odwiedzin. Zważywszy, że 3/4 to zapewne internetowy przeciąg w tym ja, to jednak wciąż pozostaje kilka unikalnych wejść. Naprawa mnie to dumą.


  Czytam sobie dla relaksu Apokalipsę Z i obiecuję z tego miejsca, gdy na Ziemi zacznie robić się źle, a pod oknem maszerować będą żywe trupy - na tym blogu będzie można dowiedzieć się, jak temu zaradzić. I nie, nie mówię, że wystarczyłoby powiązać "zetom" sznurówki. Fajna książka, najpierw przedstawia wpisy z bloga pewnego gostka, który przesiewa informacje odnalezione w sieci na temat zombi. Potem opisuje to co widzi za oknem, a gdy pada prąd i sieć...


Żeby żyło nam się dostatnio! Wiwat!

Polecam "10 Kawałków o wojnie", Half Life 2, Kongres, Diaz, Powrót Trupa i może jeszcze nie polecam "Marszu Polonia" - "Wesele" może być tylko jedno, ale jak ktoś chciałby potańczyć z Urbanem, czemu nie.

czwartek, 12 grudnia 2013

Wszystkie niniejsze wydarzenia i postacie są prawdziwe.


Wszystkie niniejsze wydarzenia i postacie są prawdziwe. 


  Racja. Nikt, z wyjątkiem totalnych oszołomów, nie potrafi odmówić im uroku. Są pociągające. Każdy walczy z pokusą oddania się im bez reszty. Należy jednak zachować zdrowy rozsądek.  Dystans, którego nigdy mi nie brakowało, dlatego też nie dawałem się porwać teoriom spiskowym.

  Tym razem, dystans drastycznie się skrócił, zdrowy rozsądek przeszedł na stronę wroga. Poczułem się zaszczuty i samotny. Tak poczuć się może człowiek któremu nagle, w połowie drogi, zgasło światło na klatce schodowej. Zaczęło się niewinnie, raczej śmiesznie niż poważnie...

wtorek, 9 kwietnia 2013

Pora Sucha część 1.35




     2… Włosy pod hełmem szybko się przetłuszczały i właśnie miarka się przebrała. Kirył wyrzucił hełm w diabły. Pacnął żałośnie w gęste błoto i zapadł się w nim obrażony. I Kirył i hełm. Siedział nieopodal tlącej się jeszcze pancerki. Znaczy się Kirył siedział. Hełm-  jak zaklęty- wyniośle milczał, leżąc w błocie. Siedział tak właśnie Kirył z Wołodią, palili na spółkę ostatniego papierosa. „Macie zapalić?”, wynurzył się z nie-wiadomo-skąd jakiś szeregowiec rodzimego umundurowania, nadszarpniętego zębem czasu. Zarówno umundurowanie jak i jego właściciel byli nadszarpnięci czasem jaki bez wątpienia musieli tu wspólnie spędzić- na oko jakiś rok, miesiąc, tydzień lub jeden dzień – tutaj każde z tych słów znaczy tyle samo co „niewyobrażalnie długo”. Tak czy siak, żołnierz zapytał równie bezceremonialnie jak bezceremonialnie uwalił się obok nich.

niedziela, 24 lutego 2013

Ej Duli Duli



  W internecie jest wszystko to, o czym można by przypadkowo pomyśleć, nie zdziwiłbym się jakby były tam też moje wszystkie myśli i wspomnienia. Chociaż jak tak dalej pójdzie ta moja internetowa wylewność, to tak właśnie będzie. Po za tym, to przyjemne, że tyle osób odbywało takie same sentymentalne podróże.

środa, 20 lutego 2013

PILNE!!

Niepokojące wiadomości. Wszechświat nie jest wieczny.

Ostatnie doniesienia sugerują, że przyszłość Wszechświata stoi pod znakiem zapytania - informuje Reuters.\  onet news.



W imię Ojca, Syna... Onecie Ty wieszczu, Ty proroku, Ty promieniu mrok nocy rozświetlający !


A tak Ps.  Czwartek 21.02.2013

Bella zmodyfikowana na CC 3.0 stąd od Gage Skidmore
 

Kristen Stewart NAJMNIEJ SEKSOWNĄ aktorką! \ pudelek huhuh to jest prawdziwy nius. Cóż po królewnie Śnieżce spodziewałem się właśnie czegoś takiego. 

 

nie przejmuj się, ja Cię lubię. 

 

niedziela, 10 lutego 2013

Naprawdę smutna popijawa

   
 Głupiemu radość, jak to ostatnio zasłyszałem. Szukałem wspomnianej, rzekłbym, jak głupi. To tu to tam. Zaglądałem w poszukiwaniach, pod kamień, pod tapczan i pod dywan. Wzbogaciło mnie to o złotych czterdzieści, ale jakakolwiek poprawa wciąż czaiła się o centymetr dalej niż wyciągnięcie ręki.

    W czym znów mam egzystencjalny problem? W literaturze tym razem. Każda kolejna wizyta w bibliotece i każda kolejna książka, wiąże się z jakąś smutną refleksją i nieubłaganymi wnioskami ontologicznie niepokrzepiającymi, jeśli idzie o kondycje świata ew. jego mieszkańców. Próbowałem na różne sposoby- najpierw zmieniałem biblioteki- ze smutnej osiedlowej, na wesołą spłodzoną przez Unię E. i Miasto S., na monumentalnej Książnicy P. kończąc, potem zmieniałem działy/autorów/narodowości/ gatunki, gdy organizacyjne kombinacje wyczerpano, sięgnąłem do metodologi- godziny czytania/okoliczności/oprawa/podjadanie itp. itd. Nic to, oczywiście nie dało. Wciąż jakbym wypożyczał w kółko tę samą książkę. Jakby zapisane strony zapisała jedna ręka, jakby każda autorstwa jednego umysłu była. Wszystkie zdawały się być efektem ogólnoświatowego plagiatu i odtwórstwa.


    Nawet gdy przysięgałem przed sobą samym, tym razem coś, daj Boże, wesołego, optymistycznego, wiedziony nad-lub przeciwnie właśnie całkiem-naturalną siłą, popełniałem kolejne literackie samobójstwo. Głupiemu radość? Zadręczyłeś się pierwszym tomem niezwykle przygnębiającej historii? Następna wizyta w bibliotece, następna obietnica, dobre intencje, bezwiednie wypożyczenie historii smutnej tom drugi. I choćbym się mocował, pot spłynie mi po plecach, pociemnieje mi przed oczami, nie ma rady, choćbym chciał, inaczej nie dam rady.


    Dopiero Tata, jego nieskończenie głęboka i niezmiernie dwuznaczna w swym geniuszu myśl, oświetliła cały problem. Zasadniczo, wszystko jest smutne, co zostało napisane. Smutne, albo całkiem źle napisane  co też, samo w sobie, jest smutne.


    Nic wesołego. Ot, choćby- Jakub Wędrowycz jest, owszem, zabawny, ale bije z niego taka patologia, że smutny jest w ogólnym rozliczeniu, optymistyczny więc - ni hu hu. Pilch dowcipkuje, a umiera na co drugiej stronie. Nawet Mały Książę jest, może pokrzepiający momentami, ale dojmujący nieskończenie. 


  

środa, 6 lutego 2013

Pora Sucha




Pozwoliłem sobie, podpatrując Braci Strugackich, napisać coś o zbliżonym klimacie. Taki ukłon ze strony miłośnika. Ktoś zresztą mógłby mi, nie bez słuszności, zarzucić, że pofolgowałem sobie potraktowanie tematu łopatologiczne. Sądzę, że jak na domowy użytek, rzecz jest w granicach przyzwoitości.


Samych wydarzeń jak i, prosto mówiąc, nerwowej atmosfery tamtych dni, zapomnieć nie sposób. Wydarzenia omawiane równie żywo na uniwersyteckich panelach naukowych, jak i na popijawach przy obstawionych kieliszkami blatach stołów kuchennych w całym kraju (które to kieliszki z nie mniejszą przyjemnością, pojawiały się i na panelach gdy już, sama przez się, nauka niedomagała). Przedstawiciele której grupy zbliżali się prawdy, trudno orzec. 

Wiadomo KTO?, GDZIE?, i można się tylko domyślać PO CO?, ale to co najważniejsze i tak się wymyka. Sprawa zdaje się nie tyle biologiczna, co polityczna - gdy pojmować wąsko a filozoficzna - gdy szeroko. Wielu uważa, że  szczegółowe egzegezy w najbliższych latach do niczego nowego nie doprowadzą. Że wszystko co najważniejsze - już wiadomo Trudno opowiedzieć się bez zastrzeżeń po którejkolwiek ze stron. Spróbuję przedstawić rzecz tak, jak ją pamiętam, w chwili najistotniejszej, według mojej subiektywnej oceny. Nie mogę jednak obiecać, że pomogę w odpowiedzi na pytanie: ewolucja czy rewolucja?

Zacznę opowieść w chwili, w której Sztukmistrz prosi ładniutką ochotniczkę z widowni. Zakończę na krótko po tym, jak Dorotka znika w magicznej skrzyni. Po przeciągających się brawach - w końcu całkiem milknących - Sztukmistrz kłania się, dziękuje za uwagę i kończy spektakl. Kurtyna opada. Naszej Dorotki nie ma. Czy jeszcze kiedyś ktoś zobaczy Dorotkę? Czy inne Dorotki powinny się bać?

Czym się różni jeden porządny człowiek od drugiego?